— Widać, że tajemnice nie przypadają mi do smaku. Jestem do niczego, odkąd mi to powiedziałeś — rzekła niewdzięczna.

— Zbiegnij ze mną z pagórka na wyścigi, to całkiem przyjdziesz do siebie.

Nikogo nie było widać, gładka droga rozwijała się przed nią zachęcająco, pokusa była nie do zwalczenia, więc się puściła w bieg i wkrótce zgubiła kapelusz, grzebień i szpilki od włosów. Artur pierwszy dotarł do celu i był zupełnie zadowolony ze swego lekarstwa, bo Ludka nadbiegła zdyszana, roztargana, z wesołym wzrokiem, czerwoną twarzą i bez śladu rozdrażnienia.

— Żałuję, że nie jestem koniem, bo przebiegałabym całe mile w tym rozkosznym powietrzu, nie tracąc oddechu. Doskonale mi teraz, ale patrz, co się ze mną zrobiło! Idź, cherubinku, i pozbieraj moje rzeczy — rzekła Ludka, padając pod klonem, zaścielającym stoki wzgórza czerwonym liściem.

Artur chętnie poszedł po zgubione rzeczy, ona zaś plotła warkocze, pewna, że nikt nie przejdzie, póki sobie nie uporządkuje głowy. Tymczasem przeszła pewna osoba, a była to Małgosia, wyglądająca zupełnie na dorosłą pannę w swej poważnej świątecznej sukni, wracała bowiem z odwiedzin.

— Co ty tu robisz? — zapytała, patrząc na rozczochraną głowę siostry z zadziwieniem właściwym pannie dobrzej wychowanej.

— Zbieram liście — pokornie odpowiedziała Ludka, układając różową wiązkę, którą podniosła z ziemi.

— I szpilki do włosów — dodał Artur, rzucając ich pół tuzina na kolana Ludce. — Rosną na drodze, Małgosiu, tak samo jak grzebienie i kapelusze z ciemnej słomy.

— Pewno biegałaś! Jak mogłaś? Kiedyż ty przestaniesz dokazywać? — rzekła Małgosia z naganą w głosie, poprawiając sobie mankietki i gładząc włosy, z którymi wiatr ośmielił się igrać.

— Jak zesztywnieję, zestarzeję się i chodzić będę o kiju. Nie próbuj zrobić ze mnie przed czasem dorosłej panny. Dosyć złego, żeś się sama tak nagle zmieniła, a mnie pozwól zostać jak najdłużej dziewczynką.