Zegary biły północ i w pokojach było bardzo cicho, kiedy jakaś postać zaczęła przesuwać się od łóżka do łóżka, to gładząc którąś kołdrę, to poprawiając poduszkę, i zatrzymywała się długo, by czule przyjrzeć się każdej z tych uśpionych twarzyczek, złożyć pocałunek z cichym błogosławieństwem i zasłać do nieba tak gorącą modlitwę, jak tylko matki umieją. Gdy podniosła firankę, aby spojrzeć na posępną noc, księżyc wysunął się nagle spoza chmur i zajaśniał nad nią jak pogodna, promienna twarz, która zdawała się szeptać wśród ciszy: „Pociesz się, drogie serce, zawsze jest światłość za chmurami”.
Rozdział XVI. Listy
O zimnym, szarym świcie dziewczęta zapaliły lampę i przeczytały przypadający na ten dzień werset z takim przejęciem jak nigdy jeszcze, bo cień rzeczywistego zmartwienia dał im poznać, jak bogate było ich życie przy promieniach słonecznych. Książeczki okazały się skuteczne i kojące, bo ubierając się, dziewczęta postanowiły, że pożegnanie ich będzie pełne otuchy i że wyprawią matkę w tę przykrą podróż niezasmuconą ich łzami ani skargą. Wszystko wydawało im się bardzo dziwne, gdy zeszły na dół, tak mgliście i cicho było na dworze, tak jasno i ruchliwie w domu. Śniadanie o wczesnej porze stanowiło także niezwykłą rzecz, i nawet znana twarz Anny wyglądała nienaturalnie, gdy się krzątała po kuchni w nocnym czepku. Duży kufer stał w pogotowiu w sieni, szal matki i kapelusz leżały na sofie, ona sama siedziała, zmuszając się do jedzenia, lecz była tak blada i znużona bezsennością i trwogą, że dziewczętom ciężko było dotrzymać postanowienia. Małgosi mimo woli oczy napełniały się łzami, Ludka musiała nieraz chować twarz, a małe dziewczynki były tak poważne i zmieszane, jak gdyby zmartwienie było dla nich czymś nowym.
Mało się odzywały. Dopiero gdy zbliżyła się chwila odjazdu i czekały na powóz, zaczęły się wszystkie zajmować matką: jedna składała szal, druga prostowała szarfę od kapelusza, trzecia kładła kalosze, czwarta zamykała podróżny worek — ona zaś przemówiła:
— Powierzam was, moje dzieci, staraniom Anny i opiece pana Laurence’a. Anna jest uosobieniem wierności, a nasz dobry sąsiad będzie was strzegł jak własne córki. Nie obawiam się o was, ale pragnę, byście należycie przyjęły to strapienie. Nie martwcie się ani gryźcie po moim wyjeździe, i niech wam się nie zdaje, że was może pocieszyć próżniactwo i chęć zapomnienia. Zajmujcie się jak zwykle, będzie to wielką ulgą. Ufajcie i pracujcie, a cokolwiek nastąpi, pamiętajcie, że zawsze będziecie miały ojca.
— Przyrzekamy ci to, mamo.
— Małgosiu droga, bądź roztropna, czuwaj nad siostrami, zasięgaj rad Anny i w każdym kłopocie udawaj się do pana Laurence’a. Ty, Ludko, bądź cierpliwa, nie zrażaj się i unikaj nierozwagi. Pisuj do mnie często, bądź jak zawsze mężną dziewczynką, gotową nas wszystkich pocieszać i rozweselać. Elizo, ty uprzyjemniaj sobie czas muzyką i bądź wierna drobnym domowym obowiązkom. Amelka zaś niech pomaga wszystkim, o ile będzie w jej mocy, niech będzie posłuszna i siedzi bezpiecznie w domu.
— Usłuchamy cię, mamo, usłuchamy!
Turkot nadjeżdżającego powozu przestraszył je; wszystkie się wsłuchały. Była to bolesna chwila, lecz wytrzymały ją dobrze. Żadna się nie rozpłakała, żadna nie uciekła, nie wydała jęku, chociaż było im ciężko na sercach, gdy przesyłając pozdrowienia ojcu, przypomniały sobie, że może już ich nie odbierze. Ucałowały matkę spokojnie, przytuliły się do niej tkliwie i przesyłały rękami wesołe znaki, gdy odjeżdżała.
Artur z dziadkiem przyszli ją pożegnać. Twarz pana Brooke’a przejawiała tyle siły, czułości i dobroci, że dziewczęta nazwały go panem „Wielkie serce”.