Kawa stanowiła dla nich rzadki przysmak i Anna okazała wiele taktu, robiąc ją tego ranka. Nie mogły się oprzeć jej zaproszeniu i woni, wydobywającej się z dziobka od imbryczka. Przysunęły się do stołu, schowały chustki do nosa, a położyły przed sobą serwety, i w dziesięć minut przyszły zupełnie do siebie.

— Ufajcie i pracujcie! To jest nasze hasło. Zobaczymy, która je najlepiej zapamięta. Ja pójdę do ciotki March, jak zwykle. Ach, będzie prawić morały — rzekła Ludka i popijała wesoło kawę, odzyskawszy humor.

— A ja pójdę do moich Ringów, chociaż wolałabym mieć nadzór w domu — odezwała się Małgosia, żałując, że ma tak zaczerwienione oczy.

— To niepotrzebne, możemy doskonale gospodarować we dwie z Elizą — powiedziała Amelka bardzo serio.

— Anna powie, co mamy robić, i wszystko zastaniecie w porządku — dodała Eliza, biorąc zaraz szczotkę i misę do zmywania.

— Zdaje mi się, że niepokój jest bardzo zajmującą rzeczą — zauważyła Amelka, jedząc cukier z zamyśleniem.

Dziewczęta nie mogły się powstrzymać od śmiechu i ulżyło im to, chociaż Małgosia potrząsała głową nad panienką znajdującą pociechę w słoju z cukrem.

Widok jabłek smażonych w cieście zupełnie otrzeźwił Ludkę, a gdy we dwie poszły do codziennych zajęć, smutno obejrzały się na okno, gdzie zazwyczaj ukazywała się twarz matki. Nie było jej, ale Eliza zapamiętała ten mały obrządek domowy i stała, kłaniając się jak mandaryn94 z różową twarzyczką.

— Jakie to podobne do mojej Elizy — rzekła Ludka, powiewając kapeluszem z wdzięcznym wyrazem twarzy. — Bądź zdrowa, Małgosiu, mam nadzieję, że małe Kingsy nie będą cię dziś dręczyć. Nie smuć się o ojca, moja droga — dodała przy rozstaniu.

— A ja się spodziewam, że ciotka March nie będzie gderać. Do twarzy ci z tymi włosami, wyglądasz jak chłopiec, i bardzo ci ładnie — powiedziała Małgosia, wstrzymując się od śmiechu z tej kędzierzawej głowy, która się zdawała komicznie mała na wysokich ramionach Ludki.