— Żegnam cię moja Elizo, żegnam cię.

Jak gdyby przebudzona tym poruszeniem, Anna pośpieszyła do łóżka, spojrzała na Elizę, dotknęła jej rąk, pochyliła się nad ustami, a potem, zarzuciwszy fartuch na głowę, usiadła, kołysząc się w tę i z powrotem, i wykrzykiwała stłumionym głosem:

— Gorączka ustała, sen naturalny, skóra wilgotna i oddech lekki. Bogu niech będzie chwała! Ach! Boże, zmiłuj się nade mną.

Zanim dziewczęta zdołały uwierzyć w radosną prawdę, doktor przyszedł ją potwierdzić. Był to pospolity mężczyzna, lecz jego twarz wydawała im się niebiańska, gdy patrząc na nie po ojcowsku, rzekł z uśmiechem:

— Tak moje drogie, sądzę, że dziewczyna wydobędzie się z biedy. Czuwajcie nad tym, żeby tu było cicho. Niechaj śpi, a gdy się obudzi, dajcie jej...

Co miały dać, żadna nie usłyszała, bo wymknęły się do ciemnej sieni i siedząc na schodach, ściskały jedna drugą, zbyt uradowane, by się zdobywać na słowa. Wróciwszy po pieszczoty i pocałunki wiernej Anny, zastały Elizę leżącą jak zwykle z twarzą wspartą na rączce. Straszna bladość znikła, a oddech miała spokojny, jak gdyby dopiero co usnęła.

— Żeby to mama teraz przyjechała! — rzekła Ludka, gdy zimowa noc zaczęła ustępować.

— Patrz — powiedziała Małgosia, zbliżając się do białej, na wpół rozkwitłej róży — myślałam, że raczej się nie rozwinie na jutro, żeby ją można dać w rękę Elizie, gdyby odeszła od nas. Ale otworzyła się w nocy, a teraz włożę ją do wazonika, żeby nasza pieszczotka po przebudzeniu się zobaczyła najpierwej różyczkę i twarz mamy.

Nigdy słońce nie wschodziło tak pięknie i nikomu świat nie wydał się tak miły, jak ociężałym oczom Małgosi i Ludki, gdy wyglądały o świcie przez okno po długim i smutnym czuwaniu.

— To zupełnie czarodziejski widok — rzekła Małgosia z uśmiechem, patrząc spoza firanki na olśniewający widnokrąg.