— Słyszysz? — krzyknęła Ludka, zrywając się na nogi.
Tak, przy drzwiach na dole odezwał się najpierw dźwięk dzwonków, okrzyk Anny, a potem głos Artura, który szeptał radośnie:
— Dziewczęta! Przyjechała! Przyjechała!
Rozdział XIX. Testament Amelki
Podczas gdy się to działo w domu, u ciotki March Amelka przeżywała ciężkie chwile. Głęboko odczuwała swe wygnanie i pierwszy raz w życiu przekonała się, jak ją rodzina kochała i pieściła. Ciotka March nie miała dla nikogo pieszczot i nie pochwalała ich w ogólności, lecz starała się być dobra dla grzecznej dziewczynki, która jej się bardzo podobała. Zresztą w jej starym sercu był cichy kącik dla dzieci siostrzeńca, chociaż nie uznawała za właściwe zdradzać się z tym. Istotnie robiła wszystko, co było w jej mocy, żeby uszczęśliwiać Amelkę, ale, Boże mój, jakże się nietrafnie brała do rzeczy! Niejedna stara osoba przechowuje młodość serca mimo zmarszczek i siwizny, umie brać udział w drobnych troskach i w uciechach dzieci, potrafi urządzić dom w ten sposób, żeby się czuły jak u siebie, i ukrywać mądre nauki pod przyjemną zabawą; kocha i jest najtkliwiej kochana. Ale ciotka March nie miała tego daru, jej rozkazy, kaprysy i długie, nudne przemowy zamęczały Amelkę prawie na śmierć. Widząc, że jest bardziej uległa i łagodna niż siostra, stara jejmość poczuwała się do obowiązku wystawiać ją na próbę i, na ile się da, oddziaływać przeciw złym wpływom domowej wolności i pobłażania. Wzięła więc Amelkę w swe ręce i tak ją prowadziła, jak prowadzono ją samą przed sześćdziesięciu laty. To postępowanie nękało biedaczkę i czuła się jak muszka w gęstej sieci pajęczej.
Co rano musiała zmywać filiżanki, czyścić staroświeckie łyżki, pękaty srebrny imbryk do herbaty i szklanki, póki nie błyszczały jak nowe. Potem odkurzała pokoje, a jakież to przykre było zadanie! Żaden pyłek nie uszedł oka ciotki March, wszystkie meble miały rzeźbione nogi i dużo było dywanów, które nigdy nie dały się dostatecznie odkurzyć. Następnie karmiła Polly, czesała pieska i dwanaście razy przenosiła z góry na dół różne rzeczy i rozkazy, bo stara jejmość, bardzo kulejąc, rzadko wstawała z fotela. Po tych męczących zajęciach odrabiała lekcje, a to stanowiło co dzień probierz103 jej cnoty. Potem wolno jej było godzinę ćwiczyć na fortepianie; a jakże tego używała! Artur co dzień przychodził i póty przymilał się ciotce March, póki nie pozwoliła Amelce wyjść z nim. Wówczas chodzili sobie lub jeździli, bawiąc się wybornie. Po obiedzie czytywała głośno, potem musiała siedzieć cicho w czasie drzemki starej jejmości. Trwało to zwykle godzinę, gdyż zaczynała się kiwać przy pierwszej stronicy. Następnie wydobywano bieliznę do naprawy i serwety do obrębiania. Amelka szyła do zmroku, na pozór ulegle, lecz buntowała się w duchu. Do samej herbaty wolno jej było bawić się według upodobania. Wieczory schodziły najgorzej, bo ciotka March zaczynała opowiadać o swej młodości, a te długie historie były tak niewypowiedzianie nudne, że Amelka chętnie położyłaby się do łóżka, żeby popłakać nad swym twardym losem, lecz zazwyczaj ogarniał ją sen, zanim uroniła jedną łzę.
Gdyby nie Artur i stara służąca Estera, czuła, że nigdy by nie mogła przetrwać tego okropnego czasu. Sama papuga doprowadziłaby ją do szału, bo wkrótce, poznawszy, że Amelka się nią nie zachwyca, mściła się z największą złośliwością. Targała ją za włosy, ile razy biedaczka się zbliżała. Gdy już klatka była prawie oczyszczona, wylewała mleko z chlebem, żeby jej dokuczyć; pobudzała Mopa do szczekania, dziobiąc go, gdy pani drzemała; wymyślała jej przy gościach i dokuczała we wszystkim. Amelka nie mogła również znieść psa, tłustego złośliwego zwierzaka, który warczał i skowytał, gdy go myła i czesała, kładł jej się na plecach z łapami w powietrzu i stroił idiotyczną minę, gdy był głodny, a powtarzało się to dwanaście razy dziennie. Kucharka była zła, stary woźnica głuchy i tylko jedna Estera zwracała jakąś uwagę na „panienkę”.
Estera była Francuzką, która zostawała od bardzo dawna przy „madame”, tak bowiem nazywała swoją panią, i tyranizowała nieco starą jejmość, nie mogącą się bez niej obejść. Naprawdę miała na imię Estella, ale gdy ciotka March kazała je zmienić, usłuchała pod warunkiem, że nigdy nie zmusi jej do przyjęcia innej religii. Polubiła „mademoiselle” i bawiła ją opowiadaniem o swym pobycie we Francji, robiąc koronki dla „madame”. Pozwalała jej też błąkać się po dużym domu i oglądać ciekawe i ładne rzeczy, zamknięte w wielkich szafach lub w starych skrzyniach, ciotka March zbierała bowiem skrzętnie jak sroka. Największą rozkosz sprawiał Amelce gabinet indyjski, pełen dziwacznych komód, szufladek i skrytek, gdzie ciotka trzymała rozmaite ozdoby: niektóre kosztowne, inne tylko osobliwe, a wszystkie mniej lub bardziej starożytne. Amelka niezmiernie lubiła przeglądać i układać te rzeczy, zwłaszcza pudełka z klejnotami, które przed czterdziestu laty zdobiły elegantkę, a dziś spoczywały na pąsowych, aksamitnych poduszkach. Był tam komplet z granatów, który wkładała, wychodząc z domu, perły, otrzymane od ojca w dzień ślubu; diamenty od narzeczonego, pierścionki i szpilki z dżetu104, dziwaczne medalioniki, w których z wierzchu był portret zmarłej osoby, a w środku płacząca wierzba wykonana z włosów, maleńkie bransoletki, noszone przez jej jedyną córeczkę, duży zegarek stryja March z czerwoną pieczątką, którą się bawiło tyle dziecinnych rączek, i w osobnym pudełku ślubny pierścionek ciotki March, teraz za mały na jej tłusty palec, lecz starannie schowany, jako najcenniejszy ze wszystkich klejnotów.
— Co by wybrała mademoiselle, gdyby to od niej zależało? — spytała Estera, która siedziała zawsze blisko, by mieć oko na kosztowności i zamykać je w pudełkach.
— Najbardziej podobają mi się diamenty, ale nie ma naszyjnika, a to taka ładna rzecz. Gdybym mogła, wybrałabym to — odrzekła, patrząc z uwielbieniem na wieniec ze złotych i hebanowych pereł z takimże ciężkim krzyżem.