— To się zabawisz! Ja bym także chciała pofrunąć — rzekła Ludka, zapominając o roli mentora, gdy sobie wyobraziła ożywione żołnierskie życie w stolicy.

— Pojedź, czemu by nie? Ty sprawisz niespodziankę ojcu, ja rozruszam mego starego Brooke’a i zabawimy się wybornie. Zrób to, Ludwisiu! Zostawimy list zapewniający, żeśmy zdrowi, i puścimy się w drogę. Mam dosyć zebranych pieniędzy. Wycieczka ci posłuży i nie będzie nic złego, że odwiedzisz ojca.

Przez chwilę Ludka miała minę, jakby gotowa była się zgodzić. Znużyło ją pielęgnowanie chorej i życie w zamkniętym pokoju, więc pragnęła zmiany, a myśl o ojcu była kusząca, podobnie jak obozy, szpitale, wolność i rozrywki. Oczy jej zapałały i zwróciły się z zamyśleniem do okna, lecz spojrzawszy na dom z przeciwka, potrząsnęła głową ze smutnym postanowieniem i rzekła:

— Gdybym była chłopcem, pojechalibyśmy razem i bawilibyśmy się cudownie, ale ponieważ jestem dziewczyną, wypada mi być przyzwoitą i pozostać w domu. Nie kuś mnie, Teodorku, to szalony pomysł.

— W tym cała przyjemność — odparł, opanowała go bowiem gwałtowna chęć zerwania pęt w jakikolwiek sposób.

— Cicho! — wykrzyknęła Ludka zatykając sobie uszy. — Moim przeznaczeniem jest panieńska skromność i muszę się do niego stosować. Przyszłam tu prawić morały, nie zaś słuchać takich rzeczy, że skaczę do góry, gdy o nich pomyślę.

— Wiedziałem, że Małgosia zalałaby się łzami na taką propozycję, ale sądziłem, że ty masz więcej rozumu — odezwał się Artur przekonywająco.

— Milcz, niegodziwy chłopcze! Usiądź i rozważaj swoje grzechy, a mnie do nowych nie nakłaniaj. Czy wyrzekniesz się podróży, jeżeli nakłonię dziadka, żeby cię przeprosił? — spytała z powagą.

— Dobrze, ale nie zrobisz tego — odrzekł Artur, który pragnął wprawdzie „zakończyć sprawę”, ale czuł, że jego obrażona godność musi najpierw zagoić swą ranę.

— Skoro sobie umiałam poradzić z młodym, to potrafię i ze starym — mruknęła Ludka, gdy odeszła, zostawiając Artura pochylonego nad mapą kolei żelaznych, z głową wspartą na rękach.