— Nie chcę słyszeć o Wędrowcu, zejdź, i daj mi słowo, że ten łotr nie okazał się niewdzięczny ani zuchwały, bo gdyby tak było, po całej dobroci, jaka mu okazujecie, zbiłbym go własnymi rękami.
Ta straszna groźba nie wywarła wrażenia na Ludce, wiedziała bowiem, że gniewliwy starzec nie podniósłby palca na wnuka, chociaż twierdził inaczej. Posłusznie więc zeszła i tyle powiedziała o psocie, ile się dało bez zdradzenia Małgosi i bez kłamstwa.
— Hm, hm, dobrze. Jeżeli milczał nie przez upór, lecz dla dotrzymania słowa, to mu wybaczam. Trzeba jednak przyznać, iż jest zacięty i trudny do prowadzenia — dodał, wypogadzając twarz, ale włosy tak sobie najeżył, jak gdyby stał na silnym wietrze.
— Ja mam zupełnie taką samą naturę, ale dobrym słowem można ze mną wszystko zrobić, chociaż żadna pogróżka by tego nie dokonała — rzekła Ludka, chcąc się przysłużyć przyjacielowi, który jak się zdawało, wyszedł z jednej biedy, żeby wpaść w drugą.
— Sądzisz, że nie jestem dobry dla niego, co? — zapytał ostro pan Laurence.
— O nie! Czasami bywasz pan zbyt dobry i tylko wówczas trochę się unosisz, gdy wystawi twą cierpliwość na próbę. Czy nie tak?
Postanowiwszy doprowadzić rzecz do skutku, udawała zupełny spokój, chociaż nie bez drżenia mówiła tak zuchwale. Ulżyło jej i zdziwiła się mocno, gdy stary gentleman tylko z hałasem rzucił na stół okulary i wykrzyknął otwarcie:
— Masz słuszność, dziewczyno, tak jest rzeczywiście! Kocham wprawdzie tego chłopca, ale mnie doprowadza do ostateczności i nie wiem, czym się to może skończyć.
— Powiem panu: on ucieknie. — Zaledwie wypowiedziała te słowa, już jej było przykro, chciała bowiem tylko ostrzec, że Artur nie zniesie zbytniego poskramiania, i nakłonić do większej wyrozumiałości.
Czerwona twarz pana Laurence zmieniła się nagle. Usiadł, rzucając zmieszane spojrzenie na portret pięknego mężczyzny, wiszący nad jego biurkiem. Był to ojciec Artura, który uciekł w młodości i ożenił się wbrew woli surowego ojca. Ludka byłaby sobie odgryzła język, odgadywała bowiem, że biedak myśli z żalem o przeszłości.