— Nie dopuści się tego, jeżeli go pan nie będziesz dręczył i nużył zbyteczną pracą naukową. Ja także miewam często chętkę wyfrunąć w świat, zwłaszcza odkąd noszę krótkie włosy, i jeżeli kiedyś znikniemy, możesz pan poszukiwać dwóch chłopców na okrętach zmierzających do Indii.
Ponieważ mówiła ze śmiechem, panu Laurence’owi zrobiło się lżej na sercu i zaczął brać rzecz z żartobliwej strony.
— Jak śmiesz, psotnico, tak się odzywać? Gdzież poszanowanie i przyzwoitość? Bóg z wami, dzieci! Wiele kłopotu przysparzacie, a jednak trudno się bez was obejść — rzekł, wesoło szczypiąc jej policzki.
— Idź sprowadzić chłopca na obiad, powiedz mu, że wszystko załatwione, i poradź, żeby nie przybierał tragicznych min z dziadkiem. Nie zniosę tego.
— On nie przyjdzie, bo ma żal, że mu pan nie ufasz. Uważam, że jest bardzo zniechęcony.
Usiłowała przybrać żałosny wyraz twarzy, lecz widocznie jej się to nie powiodło, pan Laurence zaczął się bowiem śmiać i zrozumiała, że jej sprawa jest wygrana.
— Żałuję bardzo i zapewne powinienem mu podziękować za to, że się ze mną nie szamotał. Czego, u diabła, chce ten chłopiec? — powiedział zawstydzony trochę swą porywczością.
— Gdybym była na pana miejscu, napisałabym do niego. Powiedział, że nie zejdzie na dół, póki nie otrzyma listu, i przebąkuje o jakiejś niedorzecznej wycieczce do Waszyngtonu. Jak pan formalnie przeprosisz, to zrozumie, że był szalony i przyjdzie do rozumu. Spróbuj pan, figlem lepiej się rzecz załatwi niż rozmową. Zaniosę mu sama list i nauczę, jak ma postąpić.
Pan Laurence spojrzał na nią bystro, założył okulary i rzekł z wolna:
— Jesteś przebiegłą dziewczyną, ale pozwalam, żebyście mną powodowały obie z Elizą. Dajże mi kawałek papieru, żebym skończył z tym głupstwem.