List został napisany w formie, jakiej zwykle używa gentleman do człowieka, którego mocno obraził. Ludka w przelocie pocałowała pana Laurence w czubek łysej głowy i pobiegła pod drzwi Artura z przeprosinami w ręku. Przez dziurkę od klucza doradzała mu pokorę, przyzwoitość i kilka równie przyjemnych niemożliwości. Zastawszy znowu drzwi zamknięte, zostawiła tylko kartkę, by sama załatwiła całą sprawę, i odchodziła już spokojnie, kiedy młodzieniec, zsunąwszy się po poręczy, zaczekał na nią na dole, mówiąc ze swym uczciwym wyrazem twarzy:
— Jaki z ciebie dobry koleżka, Ludko! — a potem dodał ze śmiechem: — Czy nie wypchnięto cię za drzwi?
— Nie. Bardzo był grzeczny, ogólnie rzecz biorąc.
— Ach, ja to wszystko załatwię, ale nawet ty tak mnie rozdrażniłaś na górze, że gotów byłem oddać się diabłu — rzekł, tłumacząc się.
— Nie mów tak, odwróć kartę i rozpocznij życie na nowo, Teodorku, mój synu.
— Czy mam odwracać i psuć nowe karty, jak psułem dawniej kajety111 z wzorami? Będę ciągle zaczynał, a nigdy nie dojdę do końca — powiedział żałośnie.
— Idź zjeść obiad. Poczujesz się lepiej, bo mężczyźni zawsze gderają, gdy są głodni. — Po tych słowach Ludka wyszła głównymi drzwiami.
— To jest „kodycyl” mojej „płci” — odpowiedział Artur, przytaczając wyrażenie Amelki, gdy pokornie szedł zjeść obiad z dziadkiem, który cały dzień obchodził się z nim cierpliwie jak święty i okazywał przemożny szacunek.
Wszyscy myśleli, że sprawa już skończona i że chmura przeszła, ale pozostały skutki, bo Małgosia nie mogła zapomnieć. Wprawdzie nigdy nie wspominała pewnej osoby, lecz myślała o niej bardzo wiele i marzyła coraz więcej. Pewnego razu, szukając rycin w jej stoliku, Ludka znalazła kawałek papieru zagryzmolony słowami: „pani Janowa Brooke”, wskutek czego wydała tragiczny jęk i rzuciła papier w ogień, czując, że figiel Artura przyspieszył dla niej złowrogą chwilę.