Jak słońce po burzy były spokojne tygodnie, które potem nastąpiły. Chorzy przychodzili szybko do zdrowia i pan March zaczynał wspominać o powrocie na początku nowego roku. Wkrótce Eliza mogła już leżeć całe dni na sofie w pracowni, bawiąc się początkowo ulubionymi kotami, a potem szyciem dla lalek, które były w smutnym stanie zaniedbania.
Jej ruchliwe niegdyś członki tak zesztywniały i osłabły, że Ludka brała ją co dzień na swe silne ręce, by przewietrzyć po wszystkich pokojach. Małgosia chętnie narażała białe rączki na sczernienie i sczerwienienie, gotując delikatne przysmaki dla „ukochanej”, Amelka zaś, wierna niewolnica pierścionka, świętowała swój powrót w ten sposób, iż rozdawała siostrom tyle skarbów, ile tylko chciały przyjąć.
Gdy zbliżało się Boże Narodzenie, rozpoczęły się tajemnice i Ludka często pobudzała całą rodzinę do konwulsyjnego śmiechu, proponując całkiem niemożliwe i niedorzeczne ceremonie dla uczczenia tych niezwykle wesołych świąt. Artur okazywał się również nierozsądny: byłby urządzał fajerwerki, race powietrzne, łuki tryumfalne, gdyby mu tylko pozwolono. Po wielu starciach i kpinach oboje zostawali uznawani za całkiem pokonanych, przybierali pognębione miny, ale znalazłszy się sam na sam, parskali śmiechem.
Po kilkunastu dniach wyjątkowo łagodnej pogody nastąpiło wspaniałe święto Bożego Narodzenia. Anna mówiła, że czuje przez skórę, iż to będzie niezwykle uroczysty dzień, i okazała się dobrą wróżką, bo się wszystko składało jak najlepiej. Pan March napisał, że wkrótce przybędzie, Eliza czuła się szczególnie dobrze i ubrana w podarowany przez matkę karmazynowy wełniany szlafroczek, dała się triumfalnie zanieść do okna, żeby zobaczyć podarunek Artura i Ludki. „Niewyczerpani” zrobili, co tylko było w ich mocy, żeby zasłużyć na to miano, bo jak sylfy112 pracując po nocach, wywołali komiczne zdziwienie. W ogrodzie stała wysoka dziewica ze śniegu, w zielonym świerkowym wieńcu. W jednej ręce trzymała koszyk pełen owoców i kwiatów, a w drugiej duży zwitek nowych nut. Wokół zziębniętych ramion okręcony był wielobarwny jak tęcza szal, a z ust wychodziła pieśń na różowym papierze:
Jungfrau113 do Elizy
Królowo pszczółek, Elizo miła,
Nie znaj, co smutku cień.
Niech Bóg ci spokój i szczęście zsyła,
W ten uroczysty dzień.
A ja ci dzisiaj niosę w ofierze,