Pomieszawszy w odpowiedzi ojca z parasolem, Ludka wymknęła się, chcąc siostrze dać sposobność do przemowy i miny pełnej godności. Lecz zaledwie znikła, Małgosia zaczęła także zmierzać do drzwi, bąkając:

— Mamie będzie przyjemnie zobaczyć pana, proszę usiąść, zaraz ją sprowadzę.

— Nie odchodź. Czy boisz się mnie, Małgorzato? — rzekł pan Brooke tak smutno, że przyszło jej na myśl, iż zachowała się grubiańsko.

Zarumieniła się aż po loczki, bo nigdy jeszcze nie nazwał jej Małgorzatą, i zdziwiła się, że to brzmi tak słodko i naturalnie. Chcąc się okazać uprzejma i swobodna, ufnie wyciągnęła rękę i rzekła z wdzięcznością:

— Jakże mogłabym się bać, kiedy pan był tak dobry dla ojca? Chciałabym tylko umieć podziękować.

— Czy mam powiedzieć, jakiego pragnę podziękowania? — spytał, trzymając mocno jej rączkę w swych dużych rękach i patrząc z taką miłością w ciemnych oczach, że jej serce zaczęło bić i chciała zarazem i uciec, i zostać, żeby go słuchać dalej.

— Nie rób pan tego... nie chciałabym... — rzekła, próbując wyrwać mu rękę, widocznie wystraszona, chociaż temu przeczyła.

— Nie chcę cię trwożyć, pragnę tylko się dowiedzieć, czy cię obchodzę trochę, Małgosiu? Ja cię tak bardzo kocham, moja droga — dodał tkliwie.

Była to właściwa chwila na ową spokojną i taktowną przemowę, lecz Małgosia nie wygłosiła jej, bo zapomniała co do słowa. Schyliwszy tylko głowę, odrzekła: „Nie wiem”, tak cicho, że Jan musiał nachylić się, żeby usłyszeć tę nierozsądną odpowiedź.

Widocznie uważał, że było to warte trudu, bo uśmiechnął się do siebie, jakby z zupełnym zadowoleniem, uścisnął mile pulchną rączkę i rzekł czule: