— I owszem, masz szesnaście lat, więc jesteś wystarczająco dorosła, żeby ci się zwierzyć; wreszcie doświadczenie przyda ci się kiedyś w podobnej sprawie.

— Nie będę miała takich spraw. Zabawnie jest wprawdzie przyglądać się zakochanym, ale siebie nazwałabym szaloną, gdybym się tego dopuściła — rzekła Ludka, wyraźnie wystraszona tą myślą.

— Nie sądziłabyś tak, gdybyś kochała i była kochana — rzekła Małgosia jakby do siebie samej, spoglądając na ulicę, gdzie często widywała młode pary, przechadzające się o zmroku w letniej porze.

— Powiedzże mi, jakimi słowami odezwałabyś się do tego człowieka — rzekła Ludka, niedyskretnie przerywając siostrze zadumę.

— Powiedziałabym spokojnie i stanowczo: „Wdzięczna panu jestem za jego dobroć, ale zgadzam się z ojcem, że jestem zbyt młoda, żeby sobie zawiązywać los, więc nie mówmy już o tym i pozostańmy tylko przyjaciółmi”.

— Hm, to dosyć sztywno i zimno. Nie wierzę, żebyś to powiedziała, i wiem, że nie byłby zadowolony. Jeżeli zachowa się tak, jak wzgardzeni kochankowie w książkach, to będziesz wolała przystać na jego prośby niż zranić mu serce.

— Nie, powiem mu, że takie jest moje postanowienie, i z godnością wyjdę z pokoju.

Mówiąc to, wstała i właśnie miała pokazać, jak to będzie wyglądało, lecz posłyszawszy kroki w sieni, poskoczyła na powrót do swego miejsca i zaczęła szyć tak pilnie, jak gdyby szło o życie, jeżeli nie skończy na czas. Ludka stłumiła w sobie śmiech, widząc tę nagłą zmianę. Gdy zapukano delikatnie, otworzyła drzwi z ponurą i wcale nie gościnną miną.

— Dzień dobry paniom. Przyszedłem po swój parasol... to jest... chciałem się dowiedzieć, jak się ma ojciec dzisiaj — rzekł pan Brooke i z pewnym zmieszaniem patrzył na ich wymowne twarze.

— Bardzo dobrze. Jest na stojaku, przyniosę go i powiem mu, że pan tu jesteś.