Artur przeszedł koło ich domu po południu i zobaczywszy Małgosię w oknie, padł teatralnie w śniegu na jedno kolano, bił się w piersi, rwał sobie włosy i załamywał ręce błagalnie, jak gdyby prosił o kawałek chleba. Gdy poleciła, żeby się opamiętał i poszedł dalej, wyżął udane łzy z chustki i chwiejnym krokiem poszedł za róg domu, niby gnany największą rozpaczą.

— Co ten chłopiec sobie myśli? — rzekła Małgosia ze śmiechem, udając, że go nie rozumie.

— Pokazuje ci, jak twój Jan będzie się zachowywał niedługo. Czy to nie wzruszające? — odpowiedziała Ludka wzgardliwie.

— Nie mów „twój” Jan, bo to ani przyzwoite, ani prawdziwe — odrzekła, jednak te słowa tak brzmiały mile, że aż głos jej zadrżał. — Proszę cię Ludko, nie dręcz mnie. Powiedziałam ci już, że on mnie mało obchodzi, więc nie ma już o czym mówić, przyjaźnijmy się tylko wszyscy i żyjmy z sobą jak dawniej.

— Nie możemy, bo coś zostało powiedziane i Artur swoją psotą odstręczył cię ode mnie. Ja to widzę i mama także. Jesteś niepodobna do siebie i tak bardzo mnie unikasz. Nie chcę cię dręczyć i zniosę mężnie twoje zamążpójście, ale chciałabym, żeby już było doprowadzone do skutku. Nie cierpię czekać; więc jeżeli masz zamiar pójść do ołtarza, to spiesz się — rzekła Ludka porywczo.

— Nie wypada mi nic mówić ani robić, póki się nie oświadczy, a nie może, bo mu ojciec powiedział, że jestem za młoda — rzekła Małgosia, nachylając się nad robotą z dziwnym uśmieszkiem, zdradzającym, że niezupełnie się z tym zgadza.

— Gdyby się oświadczył, odpowiedziałabyś mu tylko łzami i rumieńcem albo spełniłabyś jego życzenie, zamiast śmiało i stanowczo odrzec: „Nie”.

— Nie jestem tak nierozsądna i słaba, jak myślisz. Wiem, co powiedzieć, bo sobie wszystko ułożyłam, żeby nie być niespodzianie zaskoczoną. Trudno wiedzieć, co nas czeka, więc się lepiej przygotować.

Ludka uśmiechnęła się mimo woli z powagi siostrzyczki, z którą było jej równie ślicznie, jak z rumieńcami na twarzy.

— Powiesz mi, co byś odpowiedziała? — spytała Ludka z większym już szacunkiem.