— Ach, mój Boże, jaka jestem niezręczna! — wykrzyknęła, wycierając plamy rękawiczką Małgosi.

— Czy mogę w czymś pomóc? — odezwał się przyjazny głos. Był to Artur, z filiżanką kawy w jednej ręce, a z talerzykiem lodów w drugiej.

— Chciałam wziąć coś dla Małgosi, która nie może tu przyjść, bo jest bardzo zmęczona. Ktoś mnie potrącił i oto w jakim pięknym stanie jestem — odpowiedziała, patrząc smutno na poplamioną suknię i zniszczoną rękawiczkę.

— Co za szkoda! Rozglądałem się właśnie, komu by to podać; czy mogę zanieść siostrze?

— O, dziękuję, pokażę panu zaraz, gdzie ona jest. Sama nie zaniosę, bo narobiłabym sobie nowej biedy.

Wskazała mu drogę, zaś Artur, jakby przyuczony usługiwać damom, przystawił stoliczek, przyniósł drugą porcję lodów i kawy dla Ludki i tak był grzeczny, że nawet wymagająca Małgosia nazwała go „miłym chłopcem”. Zabawiali się cukierkami, dewizami i właśnie doskonale im szła spokojna gra w szeptanego z inną młodzieżą, która się do nich przyłączyła, kiedy zjawiła się Anna. Małgosia, zapominając o nodze, wstała tak żywo, że musiała się chwycić Ludki i krzyknęła z bólu.

— Cicho, nic nie mów! — szepnęła, dodając głośno: — skręciłam sobie trochę nogę, nic więcej — i kulejąc, poszła na górę po rzeczy.

Anna łajała, Małgosia płakała, a Ludka traciła głowę. Wreszcie postanowiła sama się tym zająć. Zbiegła zatem na dół i spotkawszy służącego, poprosiła go o sprowadzenie powozu, ale powiedział jej, że został wynajęty i nie zna tej okolicy. Oglądała się więc znowu za jakąś pomocą, kiedy Artur, usłyszawszy, o co chodzi, podszedł, żeby zaoferować powóz swego dziadka, który właśnie zajechał.

— Jeszcze tak wcześnie, nie możesz się wybierać — rzekła Ludka, wahając się, czy przyjąć propozycję, chociaż jej odpowiadała.

— Zwykle wracam wcześnie do domu. Niech mi będzie wolno odwieźć panie, przecież mi to nawet po drodze, zresztą podobno deszcz pada.