— Skończ panna rozdział i nie bądź zuchwała.
— Czy przyznała, że jej się to podoba? — spytała Małgosia.
— Gdzież tam! Nie. Tylko dała spokój Belshamowi, a gdy tam pobiegłam wziąć rękawiczki po południu, tak była zajęta Wikarym, że nie usłyszała, jak śmieję się i tańczę w sieni z radości, że się zbliżają wakacje. Jakie przyjemne mogłaby spędzić życie, gdyby tylko chciała! Jednakże nie bardzo jej zazdroszczę pieniędzy, bo uważam, że bogaci mają troski równie jak ubodzy — dodała Ludka.
— Przypominam sobie, że i ja mam coś do powiedzenia — rzekła Małgosia. — Nie będzie to tak zabawna historia jak Ludwisi, ale mi dała wiele do myślenia, gdy wracałam do domu. Zastałam dziś u Kingów cały dom w poruszeniu i jedno z dzieci powiedziało mi, że starszy brat zrobił coś okropnego i papa go wypędził. Słyszałam jak pani King płakała, pan King odzywał się bardzo donośnym głosem, a Gracja i Helena odwróciły się, przechodząc koło mnie, żebym nie widziała ich czerwonych oczu. Naturalnie, że o nic nie pytałam, ale tak mi ich było żal i prawie cieszyłam się, że nie mam niegodziwych braci, którzy by żyli nagannie i hańbili rodzinę.
— Zdaje mi się, że zawstydzenie w szkole jest daleko gorsze od tego, co mogą zbroić niegodziwi chłopcy — rzekła Amelka, potrząsając główką, jak gdyby miała wielkie doświadczenie życiowe. — Zuzia Perkins przyszła dziś do szkoły w ładnym czerwonym pierścionku z karneolu32, na który wzięła mnie straszna ochota. Otóż rysowała ona portret pana Davisa z potwornym nosem i z garbem, a z ust wychodziły mu słowa: „Panienki, mam na was oko”. Śmiałyśmy się wszystkie, wtem jego oko spoczęło na nas i kazał by Zuzia przyniosła swoją tabliczkę. Była spa-ra-li-żo-wa-na ze strachu, ale poszła — i zgadnijcie, co zrobił! Chwycił ją za ucho! Wyobraźcie sobie, co za okropność! Poprowadził ją na podest, gdzie się odpowiada na lekcjach, i kazał stać pół godziny, tak trzymając tabliczkę, żeby ją każdy mógł widzieć.
— Czy dziewczęta się śmiały? — spytała Ludka, której się podobał ten figiel.
— Czy się śmiały! Ani jedna. Siedziały cicho jak myszki, a Zuzia niemało łez wylała, widziałam dobrze. Nie zazdrościłam jej wówczas, bo czułam, że po tym co zaszło, miliony karneolowych pierścionków nie dałyby mi szczęścia. Nigdy, nigdy nie wytrzymałabym tak bolesnego upokorzenia.
Skończywszy tę opowieść, zabrała się do roboty, dumna ze swoich cnót i z pomyślnie wypowiedzianych jednym tchem dwóch długich wyrazów.
— Ja widziałam dziś rano rzecz, która mi się podobała, i miałam ją opowiedzieć przy obiedzie, ale mi wypadła z pamięci — rzekła Eliza porządkując w koszyku Ludki, gdzie wszystko było poprzewracane. — Poszłam kupić trochę ostryg dla Anny i zastałam w sklepie pana Laurence, ale mnie nie widział, bo stałam za baryłką, a on rozmawiał z panem Cutterem, rybakiem. Jakaś biedna kobieta weszła z konewką i szczotką do szorowania i zapytała pana Cuttera, czy nie pozwoliłby umyć czegoś w sklepie za kawałek ryby, bo nie dopisała jej robota, więc nie ma obiadu dla dzieci. W pośpiechu odrzekł: „Nie”. Zabierała się do odejścia z miną wygłodzoną i smutną, kiedy pan Laurence podał jej dużą rybę na zakrzywionym końcu laski. Tak była ucieszona i zdziwiona, że czym prędzej wzięła ją w ręce i dziękowała kilkakrotnie. Pan Laurence zalecił, żeby ją poszła gotować, więc pośpieszyła z radością! Czy to nie pięknie z jego strony? Ach, taka była zabawna, gdy ściskając tę grubą rybę, rzekła: „Mam nadzieję, że się panu dostanie wygodne łóżko w niebie”.
Uśmiawszy się z historii Elizy, poprosiły, żeby matka coś opowiedziała, więc zastanowiła się chwilę i rzekła poważnie: