Pewnego razu powiedziała ze łzami w oczach do Małgosi: „Cała moja pociecha w tym, że mama nie robi mi fałd u sukni, jak jestem niegrzeczna. Matka Maryni Parks radzi sobie w ten sposób i to jest okropne, moja droga, bo czasami Marynia tak zawini, że ma suknię po kolana i nie może przyjść do szkoły. Gdy myślę o tej degradacji, wolę znosić nawet mój płaski nos i fioletową suknię w żółte kropki”.

Małgosia była powierniczką i kierowniczką Amelki, a dzięki dziwnemu przyciąganiu przeciwieństw Ludkę ukochała Eliza. Tylko jej ta nieśmiała dziecina opowiadała swe myśli i nieświadomie wywierała największy wpływ na dużą, krnąbrną i nieprzystępną siostrę. Dwie starsze dziewczynki kochały się bardzo, ale każda wzięła jedną z młodszych w opiekę i czuwały nad nimi według swego sposobu widzenia. Bawiły się w matki, jak zwykły się wyrażać, i w miejsce odrzuconych lalek zajęły się siostrami z macierzyńskim instynktem małych kobietek.

— Czy macie coś do powiedzenia? Taki dziś był przykry dzień, że umieram z tęsknoty za rozrywką — rzekła Małgosia, gdy siedziały razem przy wieczornym szyciu.

— Ja miałam szczególne przejścia z ciotką, ale radziłam sobie, jak mogłam, o czym się zaraz przekonacie — odezwała się Ludka, niezmiernie lubiąca opowiadać historie. — Czytałam właśnie wiecznego Belshama, z przerwami jak zwykle, bo ciotka zaraz drzemie, a ja biorę czym prędzej jakąś miłą książkę i połykam ją chciwie, póki się nie ocknie. Dziś stało się inaczej, bo opanowała mnie senność, zanim zaczęła się kiwać, i tak ziewnęłam, że zapytała, dlaczego otwieram usta, jak gdybym chciała połknąć całą książkę na raz.

— Połknęłabym chętnie, żeby z nią skończyć — odrzekłam, starając się nie być zbyt zuchwała.

Udzieliła mi wówczas długiej nauki o moich grzechach i kazała rozmyślać o nich, póki się nie przedrzemie. Gdy tylko czepek zsunął się jej na bok, wyjęłam z kieszeni Wikarego z Wakefieldu31 i czytałam, jednym okiem patrząc na książkę, a drugim na ciotkę. Właśnie dotarłam do tego, gdy wszyscy wpadli do wody, i przez zapomnienie roześmiałam się głośno. Ciotka obudziła się i odzyskawszy humor po drzemce, poprosiła, żeby przeczytać kawałek, żeby przekonała się, co to za błahe dzieło przekładam nad szacownego i pouczającego Belshama. Wywiązałam się jak mogłam najlepiej, żeby ją zadowolić, rzekła więc:

— Nie rozumiem, o co chodzi, zacznij od samego początku, moje dziecko.

Starałam się czytać, żeby przedstawić rodzinę Primrose w jak najkorzystniejszym świetle, ale przez złośliwy figiel w bardzo ciekawym miejscu rzekłam słodko:

— Obawiam się, że to panią nudzi, może mam przestać czytać?

Wzięła robótkę, którą wypuściła z rąk, ostro spojrzała na mnie przez okulary i powiedziała zwięźle, jak to jest jej zwyczajem: