Stara jejmość przez pewien czas nie chciała z nimi rozmawiać, ale gdy kiedyś zastała Ludkę u znajomych, spodobała jej się komiczna twarzyczka i śmiałe obejście, spytała więc, czy nie zechce zostać jej towarzyszką. Nie nęciło to wcale Ludki, ale przyjęła propozycję, nie mając lepszych widoków, i powszechnie dziwiono się potem, że tak umie dogadzać gderliwej krewnej. Bywały niekiedy burze i Ludka szła do domu z postanowieniem, że już tego dłużej nie będzie znosić, ale ciotka March żywo brała się do rzeczy i wzywała ją tak nalegająco, że nie mogła odmówić, bo w głębi serca dosyć lubiła porywczą jejmość.
Zapewne głównie nęciła ją tam piękna biblioteka, zostawiona od śmierci wuja March na łup kurzu i pajęczyn. Ludka pamiętała poczciwego staruszka, który jej pozwalał budować koleje żelazne i mosty z grubych słowników, opowiadał historie o dziwacznych obrazkach w łacińskich księgach i kupował jej pierniki, ile razy spotkał ją na ulicy. Ciemny, zakurzony pokój, popiersia wyglądające sponad dużych szaf, wygodne krzesła, globusy, a co najlepsze, pustynia książek, wśród której mogła wędrować, gdzie chciała — czyniły dla niej bibliotekę przybytkiem szczęścia. Kiedy tylko ciotka March zapadała w drzemkę albo zajęta była gośćmi, Ludka śpieszyła do cichego schronienia i sadowiąc się w wielkim fotelu, połykała poezje, romanse, historie, podróże, obrazki. Ale ta radość, jak każda na świecie, nie trwała długo, bo skoro doszła do jądra powieści, do najpiękniejszego wiersza w poemacie lub do niebezpiecznej przygody podróżnika, krzykliwy głos wołał: „Lud-wi-ko! Lud-wi-ko!” i musiała opuszczać raj, żeby zwijać nici, myć pudla lub godzinami czytać Eseje Belshama28.
Jej marzeniem było dokonać jakiegoś znakomitego czynu. Co by to miało być, nie miała pojęcia i zostawiała wybór na później. Tymczasem zaś najbardziej ją smuciło, że nie może tyle czytać, biegać i jeździć konno, ile by chciała. Często nabawiała się kłopotów przez żywy temperament, ostry język i ruchliwy umysł, a jej życie było serią wzlotów i upadków, zarówno komicznych, jak i żałosnych. Ponieważ wynagrodzenie, które otrzymała u ciotki March było dla niej najpożądańszą rzeczą, myśl, że pracuje na swoje utrzymanie, uszczęśliwiała ją mimo ciągłego „Lud-wi-ko!”.
Eliza była zbyt lękliwa, żeby chodzić do szkoły. Rodzice próbowali ją posłać, ale było to dla niej takim cierpieniem, że nadal ojciec uczył ją w domu. Nawet gdy odjechał, a matce przyszło poświęcać swój czas i trudy w Towarzystwie Opieki nad Rannymi, pilnie sama pracowała nad sobą. Zamiłowana w zajęciach domowych, utrzymywała z Anną porządek w domu i czuwała nad wygodami swych pracownic, nie dla nagrody, lecz dla zjednania sobie miłości. Długie, ciche dni nie schodziły jej samotnie i bezczynnie, bo zaludniała swój światek urojonymi przyjaciółmi, a natura stworzyła ją pracowitą pszczółką. Co rano budziła ze snu i ubierała sześć lalek, nie przestała bowiem jeszcze kochać swych pieszczoszek, chociaż ani jedna nie było już cała ani ładna. Odziedziczyła je po starszych siostrach, które wyrosły z tych figurek, i po Amelce, gdyż ona nie lubiła nic starego i brzydkiego. Eliza kochała je właśnie z powodu ich niedoli i założyła szpital dla chorych lalek. Nigdy nie wbijała szpilek w ich watowane kończyny, nie mówiła do nich ostro, nie biła. Nawet najwstrętniejszej nie zasmucała zaniedbaniem, wszystkie karmiła, ubierała, niańczyła, pieściła, ze stałym uczuciem. Jakaś pogruchotana lalka, należąca przedtem do Ludki, skołatana burzliwym życiem, poszła do worka z gałganami, a Eliza, wyrwawszy ją z tego smutnego miejsca, udzieliła jej u siebie schronienia. Główkę bez wierzchołka ubrała w ładny czepeczek, brak rąk i nóg ukryła pod kołdrą i poświęciła tej kalece najlepsze łóżko. Gdyby ktoś widział, jakimi staraniami została otoczona ta lalka, sądzę, że byłby wzruszony, choćby go nawet brała chęć do śmiechu. Przynosiła jej bukiety, czytywała głośno, wynosiła pod swym płaszczykiem na świeże powietrze, śpiewała do snu i przed położeniem jej całowała tkliwie brzydką twarz, szepcąc:
— Mam nadzieję, że będziesz dobrze spała, moja droga biedaczko.
Eliza miała swe troski, jak wszyscy na świecie, a nie będąc aniołem, tylko bardzo ziemską dziewczynką, często popłakiwała, że nie może brać lekcji muzyki i mieć pięknego fortepianu. Tak serdecznie kochała muzykę, tak się pilnie uczyła, tak cierpliwie ćwiczyła na brzęczącym starym instrumencie, że się zdawało, iż koniecznie powinien jej ktoś dopomóc, nie mówiąc już o ciotce March. Jednakże nikt tego nie uczynił i nikt nie widział, że kiedy była sama, ścierała łzy z pożółkłych klawiszy, które nie chciały wydawać tonu. Przy pracy śpiewała jak skowronek, nigdy się nie czuła zbyt zmęczona, by grać mamie i dziewczętom, i nie tracąc nadziei, co dzień mówiła sobie: „Wiem, że jeżeli zasłużę, to kiedyś dostaną swoją muzykę”.
Dużo jest takich Elizek na świecie, nieśmiałe i ciche siedzą w kącie, póki ich ktoś nie potrzebuje, i żyją tak wesoło dla innych, że nikt nie widzi ich poświęcenia. Dopiero gdy ten świerszcz domowego ogniska przestaje się odzywać i niknie jego słodka, promienna obecność, zostają tylko cisza i cienie.
Gdyby ktoś zapytał Amelki, co jest największą troską jej życia, od razu odpowiedziałaby: „nos”. Kiedy była jeszcze maleńkim dzieckiem, Ludka wepchnęła ją przypadkiem do piwnicy z węglem, i Amelka utrzymywała, że to jej na zawsze zeszpeciło nos. Nie był on duży ani czerwony, jak biednej „Petrei”, tylko trochę płaski, i żadne szczypanie w świecie nie sprawiłoby, że zyskałby arystokratyczny koniec. Nikt o to nie dbał prócz niej samej; nawet rósł on pięknie, lecz ubolewała, że nie ma greckiego nosa i na pociechę rysowała ich mnóstwo jak najudatniejszych.
Siostry nazywały ją małym Rafaelem29; miała bowiem rzeczywisty talent do rysunku i nic jej tak nie uszczęśliwiało jak naśladowanie kwiatów i dziwaczne ilustrowanie czarodziejskich bajek i powieści. Nauczyciele narzekali, że zamiast dodawania znajdują na jej tabliczce30 zwierzęta, na pustych stronach atlasu mapy, a w książkach śmieszne karykatury. Na lekcjach starała się jak najlepiej i wzorowym zachowaniem unikała wszelkiej nagany. Koleżanki lubiły ją za łagodność i miłe zachowanie. Podziwiały jej minki, maniery i talenty, bo oprócz rysunku umiała zagrać dwanaście melodii, robić na szydełku i czytać po francusku, przekręcając wymowę najwyżej w dwóch trzecich wyrazów. Jakimś żałosnym i wzruszającym tonem zwykła mówić: „Jak papa był bogaty, robiłyśmy to a to”; lubiła też używać jak najdłuższych wyrazów, co dziewczęta nazywały „najwyższą elegancją”.
Amelka łatwo mogła stać się rozpuszczoną dziewczynką, bo ją wszyscy psuli, dlatego próżność i samolubstwo rozwijały się w niej swobodnie. Jedna tylko rzecz poskramiała jej miłość własną: musiała dodzierać ubrania swej kuzynki Florencji, której mama nie miała dobrego smaku. Biedna Amelka z bólem serca wkładała czerwony kapelusz zamiast niebieskiego albo suknię, w której było jej nie do twarzy, i fartuszek nieodpowiedni do całego stroju. Wszystko było porządne, dobrze zrobione i nowe, ale artystyczne oczy Amelki cierpiały, zwłaszcza tej zimy, kiedy miała szkolny mundurek z fioletowego materiału w żółte kropki i bez lamówki.