— Nie używaj takich brzydkich wyrazów! — odezwała się Małgosia spod gęstej woalki, w którą się owinęła jak mniszka znudzona światem.

— Lubię dobre, silne wyrazy, które coś znaczą — odparła Ludwisia, chwytając kapelusz, który zeskoczył jej z głowy, jak gdyby chciał odfrunąć.

— Nazywaj siebie jak ci się podoba, lecz ja nie jestem ani urwisem, ani ladaco, i nie chcę takich przydomków.

— Jesteś dziś struta i cierpka dlatego, że nie możesz opływać w zbytkach, biedaczko! Poczekaj, jak zrobię majątek, to będziesz miała powozy, lody, trzewiki na wysokich obcasach, bukiety i rudych kawalerów do tańca.

— Jakaś ty komiczna, Ludko! — rzekła Małgosia i roześmiała się z tych bredni, co jej sprawiło mimowolną ulgę.

— To szczęście, bo gdybym była zgnębiona i smutna jak ty, w ładnym byłybyśmy stanie. Dzięki Bogu, zawsze upatrzę coś zabawnego, co mnie wprawia w dobry humor. Przestań narzekać i wróć wesoło do domu, to będzie najlepiej.

Dla dodania siostrze odwagi, poklepała ją po ramieniu na pożegnanie, każda szła bowiem w inną stronę z gorącym jabłkiem w ręku, zmuszając się do wesołości mimo wietrznej pogody, ciężkiej pracy, jaka ich czekała, i niezaspokojonych pragnień.

Gdy pan March stracił majątek, próbując przyjść z pomocą przyjacielowi, dwie starsze córki prosiły, żeby im wolno było zarabiać przynajmniej na własne utrzymanie. Rodzice zgodzili się, uważając, że dla dzieci nie jest zbyt wcześnie wprawiać się w energię, pracowitość i niezależność. Wzięły się więc do dzieła ze szczerymi chęciami, które zwykle pokonują wszelkie przeszkody. Małgorzata znalazła pracę jako bona27 i czuła się bogata, otrzymując skromne wynagrodzenie. Kochała się w luksusie i ubóstwo było jej głównym kłopotem. Trudniej jej było je znosić niż innym dzieciom, pamiętała bowiem czasy, kiedy dom rodziców był dostatni, życie swobodne i przyjemne, a wszelki brak nieznany. Pokonywała w sobie zazdrość i niezadowolenie, ale było to bardzo naturalne, że tak młoda dziewczyna pragnęła wykwintnych strojów, wesołych znajomych, starannej edukacji i swobodnego życia. U państwa King widywała co dzień przedmioty swych marzeń, bo ich starsze córki bawiły się. Przyglądała się tam balowym strojom i bukietom, słuchała wesołego szczebiotania o teatrach, koncertach, ślizgawkach i różnych rozrywkach. Widziała pieniądze marnowane na drobiazgi, które dla niej byłyby tak cenne. Biedna Małgosia rzadko się skarżyła, ale poczucie niesprawiedliwości czyniło ją czasem gorzką, bo nie przekonała się jeszcze, jak bogata jest w te dary, które jako jedyne mogą życie uszczęśliwić.

Ludka akurat odpowiadała ciotce March, która była kulawa i potrzebowała opieki aktywnej osoby. Ta bezdzietna pani chciała adoptować któreś z dzieci państwa March, gdy popadli w nieszczęście, i odmowa bardzo ją uraziła. Gdy znajomi straszyli, że pominie ich w testamencie, ci niepraktyczni ludzie odpowiadali:

— Za tuzin fortun nie oddalibyśmy żadnej z córek. W dostatkach czy w ubóstwie będziemy się trzymać razem, szukając szczęścia jedni w drugich.