Zeszła na dół z niezadowoloną twarzą i wcale nie była przyjemna przy śniadaniu. Tego dnia wszystkie zdawały się nieswoje i skłonne do utyskiwań. Elizę bolała głowa, położyła się więc na sofie, pocieszając się kotką z trojgiem kociąt. Amelkę niecierpliwiło, że nie umie lekcji i że nie może znaleźć kaloszy. Ludce chciało się gwizdać i hałasowała, przygotowując się. Panią March była bardzo zajęta skończeniem listu, który chciała zaraz wysłać. Anna gderała, bo nie służyło jej późne kładzenie się.

— Cóż za skwaszone grono! — wykrzyknęła Ludka ze złości, wylała bowiem atrament, zerwała sznurowadła od bucików i usiadła na swym kapeluszu.

— A tyś najkwaśniejsza ze wszystkich! — odrzekła Amelka i obmyła te niepowodzenia łzą, która spadła na talerz.

— Elizo, jeżeli nie będziesz trzymać tych szkaradnych kotów w piwnicy, to je potopię! — zawołała gniewnie Małgosia, na próżno chcąc się pozbyć kota, który uwiesił się jej na karku i ciążył jak kamień młyński, a nie mogła go schwytać.

Ludka śmiała się, Małgosia gderała, Eliza kwiliła, a Amelka stękała, że nie może sobie przypomnieć, ile to jest dziewięć razy dwanaście.

— Dziewczęta, dziewczęta! Uciszcie się na chwilę. Muszę wysłać ten list pierwszym pociągiem, a przeszkadzacie mi swoją wrzawą! — zawołała pani March, przekreślając już trzecie pomylone zdanie.

Nastąpiła chwilowa cisza, ale ją przerwała Anna, która wpadła, postawiła na stole gorące jabłka w cieście i uciekła. Ciastka te weszły tam od dawna w zwyczaj i były nazywane przez dziewczęta „mufkami”, nie miały bowiem innych. Bardzo im było przyjemnie w chłodne poranki, trzymając je, grzać sobie ręce i Anna nigdy nie zapomniała ich upiec, choćby była najbardziej zajęta i kwaśna, bo je czekała długa, zimna przechadzka, a biedaczki nie dostawały już innej przekąski, choć rzadko wracały do domu przed trzecią.

— Przytul swoje koty i pozbądź się bólu głowy, Elizo. Bądź zdrowa, mamo. Wyglądałyśmy dziś na nieznośną gromadę urwisów, ale wrócimy dobre jak anioły. Chodźże, Małgosiu! — i rzekłszy to, Ludka wyskoczyła, czując w głębi serca, że pielgrzymki nie wybierają się w drogę tak, jakby należało.

Dochodząc do rogu domu, zawsze się oglądały, bo matka stawała w oknie, żeby się ukłonić, uśmiechnąć i pozdrowić je ręką. Zdawało się, że bez tego nie mogłyby przetrwać dnia, bo niezależnie od ich nastroju ostatni rzut oka na matczyną twarz działał zawsze jak promień słońca.

— Gdyby mama pokazała nam pięść zamiast przesyłać pocałunek od ust, to byłoby bardzo sprawiedliwe, bo jesteśmy niewdzięczne ladaco! — zawołała Ludka, ciesząc się, że błoto i zimno będzie dla nich zasłużoną karą.