Zarumieniła się jak róża pod jego wzrokiem, ale się już nie lękała i z radością uścisnęła jego wielką rękę, bo brakło jej słów, żeby podziękować.

Stary gentleman z lekka odgarnął jej włosy i pochyliwszy się, pocałował ją, mówiąc tonem rzadko przez niego używanym:

— Miałem kiedyś dziewczynkę z takimi oczami jak twoje. Niech cię Bóg błogosławi, moja droga. Żegnam panią.

Odszedł z wielkim pośpiechem, a Eliza nacieszywszy się z matką swym szczęściem, pobiegła oznajmić tę ważną wiadomość gromadce lalek, bo sióstr nie było w domu. Jakże wesoło śpiewała tego wieczora i jak się z niej dziewczęta śmiały, gdy obudziła w nocy Amelkę, grając przez sen po jej twarzy jakby po fortepianie. Nazajutrz, gdy zobaczyła, że obaj panowie, stary i młody, wyszli z domu, po dwu czy trzykrotnym cofaniu się, szczęśliwie dotarła do bocznych drzwi i cicho jak myszka weszła do bawialnego pokoju, gdzie stało jej bożyszcze. Ma się rozumieć zupełnie przypadkiem jakieś ładne nuty leżały na fortepianie. Często nasłuchując i oglądając się wokoło, drżącymi palcami dotknęła nareszcie wielkiego instrumentu i natychmiast zapomniała o swej lękliwości, o sobie i o wszystkim, tylko się oddała niewysłowionej rozkoszy, jaką jej sprawiała muzyka, bo to był niejako głos ukochanego przyjaciela.

Pozostała tam, póki Anna nie przyszła ją wezwać na obiad, ale nie miała apetytu, więc siedziała tylko, uśmiechając się błogo do wszystkich.

Odtąd ciemny kapturek prawie co dzień przemykał się przez płot i wielki salon bywał nawiedzany przez muzykalnego ducha, który przychodził i znikał. Nie wiedziała, że pan Laurence otwierał często drzwi od pracowni, żeby słuchać swoich ulubionych utworów, i że Artur stoi na straży w sieni, żeby nie dopuszczać służby. Nie domyślała się też, że ćwiczenia i nowe nuty umyślnie dla niej leżą na pulpicie, a gdy stary gentleman mówił u nich w domu o muzyce, myślała sobie tylko: „Jaki on dobry, że opowiada o rzeczach, które mogą być dla mnie pożyteczne”. Radowała się całym sercem i przekonała się, co nie zawsze bywa, że się spełniło jej największe życzenie. Może dlatego, że umiała być wdzięczna za ten dar, otrzymała jeszcze większy, w każdym razie oba były zasłużone.

— Mamo, wyhaftuję panu Laurence’owi pantofle. Taki jest dobry, że się muszę odwdzięczyć, a nie wiem, w jaki by inny sposób. Czy pozwolisz? — zapytała w kilka tygodni po jego pamiętnych odwiedzinach.

— Dobrze, moja droga, sprawisz mu wielką przyjemność i odwzajemnisz się ładnie za dobroć. Dziewczęta ci pomogą, a ja wszystko zapłacę — rzekła pani March, mając szczególną przyjemność w spełnianiu życzeń Elizy, która rzadko prosiła o coś dla siebie.

Po wielu ważnych naradach z Małgosią i Ludką wzór został wybrany, materiały kupione i pantofle zaczęte. Bukiet z jasnych bratków na ciemniejszym purpurowym tle uznały za bardzo właściwy i piękny, a Eliza pracowała rano i wieczór, opuszczając tylko to, co trudniejsze. Tak szybko obracała igłą, że je skończyła, zanim kogoś znudziły. Następnie napisała krótki i prosty bilecik i pewnego ranka przy pomocy Artura pantofle znalazły się na biurku pana Laurence’a, zanim wstał z łóżka.

Gdy minęła pierwsza chwila gorączki, zaczęła oczekiwać, co dalej nastąpi. Minął cały dzień i część następnego, a nie odebrała żadnej wiadomości i ogarnął ją strach, że jej kapryśny przyjaciel się obraził. Nazajutrz po południu wyszła, żeby porobić sprawunki i wyprowadzić, według codziennego zwyczaju, chorą i biedną lalkę Joasię na świeże powietrze. Wracając, zobaczyła trzy, nie, cztery osoby wyglądające z okien pokoju bawialnego. Gdy tylko ją spostrzegły, zaczęły dawać znaki, radośnie wołając: