— Masz list od starego gentlemana, chodź prędko przeczytać!

— Ach, Elizo, on ci przysłał! — odezwała się Amelka, gestykulując ze zbyteczną energią, ale nie rzekła nic więcej, bo Ludka przerwała, spychając ją z okna.

Eliza pośpieszyła, zniecierpliwiona zwłoką. Przy drzwiach siostry porwały ją i w triumfalnym pochodzie zaprowadziły do pokoju bawialnego, wołając wszystkie razem: „Patrz, patrz!”. Eliza spojrzała na wskazywane przez nie miejsce i zbladła ze zdziwienia i radości. Stał tam bowiem gabinetowy fortepianik, a jego blat i leżący na błyszczącym wierzchu list nosiły jej imię i nazwisko.

— Dla mnie? — wyjąkała, chwytając się Ludki, bo gotowa była upaść ze wzruszenia.

— Tak, dla ciebie, moja droga! Czy to nie wspaniałe z jego strony? Czy ci się nie wydaje najlepszym w świecie staruszkiem? Masz klucz w liście. Nie otworzyłyśmy go, ale umieramy z ciekawości, co zawiera — zawołała Ludka, ściskając siostrę, i podała jej list.

— Przeczytaj, ja nie mogę, tak mi jakoś dziwnie. Ach, to za wiele dobrego! — rzekła i ukryła twarz w fartuszku Ludki, zupełnie wzruszona podarkiem.

Ludka otworzyła kopertę i zaczęła śmiać się z pierwszych słów:

Do panny March

Droga pani!

— Jak to ładnie brzmi! Chciałabym, żeby ktoś tak do mnie napisał — rzekła Amelka, której ten staroświecki adres41 wydał się bardzo elegancki.