— Panno March, proszę do mego stołu.

Amelka usłuchała go na pozór spokojnie, lecz w głębi przejęta była trwogą, bo cytrynki ciążyły jej na sumieniu.

— Proszę przynieść cytryny, które są w ławce.

To niespodziane polecenie powstrzymało ją na miejscu.

— Nie bierz wszystkich — szepnęła sąsiadka, obdarzona wielką przytomnością umysłu.

Amelka szybko odłożyła pół tuzina, resztę zaś położyła przed panem Davisem w przekonaniu, że każdy człowiek mający ludzkie serce zmięknie, skoro ta rozkoszna woń uderzy jego nos. Na nieszczęście, pan Davis czuł szczególną nienawiść do modnej marynaty, a ten wstręt wzbudził w nim jeszcze większą złość.

— Czy nie ma więcej?

— Jest jeszcze trochę — wyjąkała Amelka.

— Natychmiast przynieś resztę.

Usłuchała, patrząc rozpaczliwie na paczkę.