— Czy z pewnością nie ma więcej?
— Ja nigdy nie kłamię.
— Przekonuję się. Teraz bierz po dwie sztuki tego szkaradzieństwa i wyrzucaj przez okno.
Wszystkie dziewczęta westchnęły, aż powstał lekki podmuch, gdy zniknęła ostatnia nadzieja i odebrano przysmak ich łaknącym ustom. Amelka, czerwona ze wstydu i złości, szła do okna i wracała dwanaście śmiertelnych razy, a za każdym razem para cytrynek, wyglądających tak pulchnie i soczyście, wypadała na ulicę. Żal panienek był tym większy, że z ich uczty korzystały z okrzykami radości irlandzkie dzieci, ich zawzięci wrogowie. Tego, tego już było za wiele. Wszystkie rzucały zapalczywe lub żałosne spojrzenia na nieubłaganego Davisa, a jedna z nich, namiętna miłośniczka cytrynek, zalała się łzami.
Gdy Amelka wróciła z ostatniej wędrówki, pan Davis chrząknął złowrogo i rzekł z naciskiem:
— Pamiętacie panny, co wam powiedziałem przed tygodniem? Przykro mi, że się to stało, lecz nigdy nie pozwalam przekraczać moich przepisów i nigdy nie łamię danego słowa. Panno March, wyciągnij rękę.
Amelka zadrżała i schowała obie ręce za siebie, zwracając ku niemu błagalne spojrzenie, przemawiające lepiej niż słowa, na które nie mogła się zdobyć. Była ulubienicą Davisa, nazywanego „starym”, i według mego przekonania, byłby złamał słowo, gdyby nie to, że oburzenie jednej krnąbrnej panny objawiło się gwizdnięciem, które, chociaż było ciche, rozjątrzyło gniewliwego jegomościa i przypieczętowało wyrok na winowajczynię.
— Poddaj rękę, panno March! — oto jaką odpowiedź dostała na swą niemą prośbę.
Zbyt dumna, żeby płakać lub uniewinniać się, zacisnęła zęby, wyzywająco odrzuciła w tył głowę i bez jęku wycierpiała dotkliwe plagi w wątłą dłoń. Nie trwało to długo, a uderzenia były niezbyt bolesne, ale pierwszy raz w życiu ktoś ją uderzył i tak się wstydziła, jak gdyby ją rzucił na ziemię.
— Teraz będziesz stała na podeście do przerwy — rzekł pan Davis, chcąc działać stanowczo.