— Pewna jestem, że pani March ma swoje plany i że dobrze zarzuca sieć, chociaż jeszcze wcześnie — rzekła pani Moffat.

— Musi o tym wiedzieć i dlatego ułożyła tę naiwną bajeczkę o matce, a gdy nadeszły kwiaty, tak się ślicznie zarumieniła. Biedaczka! Byłaby bardzo ładna, gdyby mogła się ubierać z elegancją.

— Czy myślicie, że obraziłaby się, gdybyśmy jej pożyczyły suknię na czwartek? — spytał inny głos.

— Wprawdzie jest dumna, lecz sądzę, że nie odmówi, bo przywiozła ze sobą tylko tę lichą tarlatanową sukienkę. Może ją dziś podrze, to będzie dobry pozór, żeby jej ofiarować przyzwoitszą.

— Zobaczymy. Zaproszę Artura, żeby jej pochlebić, a potem będziemy z tego miały wyborną zabawę.

W tej chwili zjawił się tancerz Małgosi i zastał ją bardzo rozpaloną i wzburzoną. Rzeczywiście miała w sobie wiele dumy i teraz jej się przydała, bo łatwiej było skryć upokorzenie, gniew i niesmak. Chociaż była niewinna i niepodejrzliwa, musiała jednak zrozumieć gadaninę tych panienek. Starała się zapomnieć, lecz daremnie, i ciągle sobie powtarzała: „Pani March ma plany”, „wymyśliła naiwną bajeczkę o mamie” i „licha tarlatanowa suknia”. Chciałaby się rozpłakać, pobiec do domu, opowiedzieć swe troski i prosić o radę, ale nie mogąc tego zrobić, udawała wesołość, a wskutek zgorączkowania tak jej się to powiodło, że nikt nie odgadywał przymusu. Jednak bardzo się ucieszyła, gdy zabawa się już skończyła, ona zaś leżała spokojnie w łóżku i mogła wreszcie zastanawiać się, rozważać i gniewać tak długo, aż ją głowa rozbolała, a rozpalone policzki ochłodły od serdecznych łez. Te niemądre, choć rozmyślne słowa otworzyły przed nią nowe horyzonty i zakłóciły spokój dawnego świata, w którym żyła dotąd szczęśliwa jak dziecię. Jej niewinna przyjaźń z Arturem została zatruta, a wiara w matkę nadwyrężona przez podejrzenie pani Moffat, sądzącej innych po sobie. Rozsądna chęć poprzestawania na skromnym ubraniu, najwłaściwszym dla ubogiej panienki, osłabła przez niepotrzebną litość dziewcząt, którym licha suknia wydawała się największą klęską na świecie.

Biedna Małgosia miała niespokojną noc i wstała z ciążącymi powiekami, nieszczęśliwa, na pół rozżalona na swe towarzyszki, na pół zawstydzona za siebie, że nie odezwała się szczerze i nie wyjaśniła rzeczy od razu. Wszyscy tego ranka ziewali i dziewczęta dopiero w południe zdobyły się na energię, by wziąć się za robótki z włóczki. Małgosię od razu uderzyło coś w ich zachowaniu: okazywały więcej względów, grzeczniej słuchały, co mówi, i patrzyły na nią ciekawie. To wszystko ją dziwiło i cieszyło, chociaż nic nie rozumiała, póki miss Bella nie odezwała się sentymentalnie, podnosząc oczy od pisania:

— Droga stokrotko, posłałam zaproszenie na czwartek twemu przyjacielowi, panu Laurence’owi. Chcielibyśmy go poznać, zresztą to tylko zwykła grzeczność dla ciebie!

Małgosia zarumieniła się, ale przez złośliwą chęć dokuczenia panienkom, rzekła śmiało:

— To bardzo grzecznie z pani strony, ale obawiam się, że nie przyjedzie.