— Teraz pójdę się ubierać, a ty, Maniu, naucz ją układać suknię i chodzić na tych wysokich obcasach, bo się przewróci. Klaro, przypnij srebrnego motylka na środku białej koronki i podnieś ten długi lok z lewej strony głowy. Nie zeszpećcie tu ślicznego dzieła moich rąk! — rzekła Bella z zadowoleniem, iż się jej powiodło.
— Boję się zejść na dół. Zdaje mi się, żem taka dziwna, sztywna, na wpół rozebrana — rzekła Małgosia do Salusi, gdy odezwał się dzwonek i pani Moffat przysłała po panienki, żeby się zaraz pokazały.
— Niepodobna jesteś do siebie, ale dobrze wyglądasz. Zupełnie niknę przy tobie. Bella ma dużo smaku i wierz mi, że masz dziś wygląd Francuzki. Nie ruszaj kwiatów, niech opadają, nie poprawiaj ich ciągle. Uważaj, żebyś nie upadła... — Tak ją nauczała Salusia, skrywając żal, że sama gorzej wygląda.
Z przestrogami w pamięci Małgorzata ostrożnie zeszła ze schodów i udała się do pokoju bawialnego, gdzie byli państwo Moffat i nieco wczesnych gości.
Wkrótce miała się przekonać, że piękny strój ma powab, który przyciąga pewną klasę ludzi i zapewnia ich szacunek. Panny, które przedtem nie zwracały na nią uwagi, nagle stały się bardzo przyjazne. Panowie, którzy jej się tylko przyglądali na poprzednim przyjęciu, nie ograniczając się już do tego, prosili, by ich przedstawiono i prawili niedorzeczne, ale przyjemne słówka. Panie, siedzące na kanapach i krytykujące całe towarzystw, pytały o nią ciekawie i słyszała, jak pani Moffat odpowiedziała jednej z nich:
— To „stokrotka” March. Jej ojciec jest pułkownikiem w wojsku. Jedna z pierwszych naszych rodzin, ale pani wie, przeciwieństwa losu... Serdecznie przyjaźnią się z Laurence’ami. To miła istotka, zapewniam panią. Mój Ned całkiem za nią szaleje.
Stara lady przyłożyła do oczu lornetkę, by drugi raz przyjrzeć się Małgosi, która udawała, że nie słyszy, i trochę była obrażona gadaniną pani Moffat.
Nie przestawało jej być dziwnie, ale wyobraziła sobie, że gra rolę pięknej damy, i odtąd była swobodniejsza, chociaż cisnęła ją ciasna suknia, ogon plątał się pod nogami i ciągle bała się, że kolczyki się odczepią, zginą lub połamią. Bawiąc się wachlarzem, śmiała z nieudolnych żartów młodego gentlemana, który usiłował być dowcipny, lecz nagle przestała się śmiać i zmieszał ją stojący nieopodal Artur. Patrzył na nią z nieskrywanym zaskoczeniem i dezaprobatą, pomyślała, chociaż bowiem ukłonił się i uśmiechnął, było coś takiego w jego uczciwych oczach, że się zarumieniła i żałowała, że nie ma na sobie swej starej sukni. Na domiar pomieszania zobaczyła, że Bella trąca Annę i obie spoglądają to na nią, to na Artura, który, chociaż rada go była widzieć, wydawał jej się jakoś niezwykle dziecinny i nieśmiały.
— Jakież to niedorzeczne istoty, że nasuwają mi takie myśli! Nie będę na to zważać i nie zmienię się wcale — powiedziała sobie i przesunęła się z szelestem przez pokój, żeby uścisnąć rękę przyjacielowi.
— Cieszę się, że przyjechałeś, bo obawiałam się, że nie przyjmiesz zaproszenia — rzekła, strojąc minę dorosłej osoby.