Tego było za wiele na chłopca młodszego od niej! Odeszła więc, rzekłszy porywczo:
— Nigdy w życiu nie widziałam takiego gbura!
Bardzo wzburzona stanęła w cichym kąciku przy oknie, by ochłodzić policzki, nieznośnie czerwone z powodu ciasnej sukni. Po chwili przeszedł pułkownik Lincoln i usłyszała, jak rzekł do swej matki:
— Robią błazna z tej panienki. Chciałem, żebyś ją zobaczyła, ale całkiem ją zepsuli. Wygląda dziś jak lalka.
— Ach, Boże! — westchnęła Małgosia. — Żałuję, że nie miałam dosyć rozsądku, żeby się ubrać we własne rzeczy. Teraz budzę w ludziach niesmak i sama jestem nieswoja i zawstydzona.
Oparła czoło o chłodną szybę i stała na pół ukryta za firanką, nie zwracając uwagi, że się zaczął jej ulubiony walc. Wtem ktoś dotknął jej ręki i odwróciwszy się, zobaczyła Artura, który ze skruszoną miną ukłonił się nisko, wyciągnął rękę i rzekł:
— Daruj mi gburowatość i chodź tańczyć.
— Boję się sprawić ci tym zbyt wiele przykrości — odparła, daremnie usiłując przybrać obrażoną minę.
— Bynajmniej. Nie mogę się doczekać, żeby z tobą zatańczyć, i szczerze ci powiem, że nie podobała mi się tylko twoja suknia, lecz ty sama wyglądasz prześlicznie! — odrzekł, gestykulując żywo, jak gdyby słowami nie zdołał dostatecznie wyrazić uwielbienia.
Małgosia z uśmiechem przyjęła zaproszenie i gdy stali, czekając, żeby pochwycić takt, szepnęła: