— Nie powtarzajcie nikomu tych bredni i zapomnijcie o nich jak najprędzej — rzekła pani March z powagą. — Byłam bardzo nierozsądna, puszczając cię między tak mało znanych mi ludzi. Może są uczciwi, ale zbyt światowi, źle wychowani i mają niskie wyobrażenie o młodzieży. Niezmiernie mi przykro, że te odwiedziny mogły ci wyrządzić taką krzywdę, Małgosiu.

— Nie martw się mamo, bo się nie dam tym skrzywdzić. Zapomnę o złu, a zapamiętam samo dobro. Doskonale się zabawiłam i wdzięczna jestem, żeś mi pozwoliła jechać. Ta wycieczka nie uczyni mnie sentymentalną i niezadowoloną. Wiem, że jeszcze ze mnie niemądre dziecko, będę się ciebie trzymać, póki nie nauczę się dbać o siebie. Muszę jednak przyznać, że to miłe być chwaloną, podziwianą i że mi to sprawiało wielką przyjemność — rzekła Małgosia, zawstydzona tym wyznaniem.

— To jest naturalne i całkiem niewinne, jeżeli się upodobanie nie staje namiętnością i nie prowadzi do niemądrych lub niewłaściwych dla panienki postępków. Naucz się odróżniać i oceniać pochwałę, o którą warto się starać, wzbudzaj uwielbienie w zacnych ludziach, nie tylko urodą, ale i skromnością.

Małgosia przez chwilę siedziała zamyślona, a Ludka stała z rękami założonymi do tyłu, z zaciekawioną i nieco zmieszaną twarzą, była to bowiem dla niej nowość, że Małgosia rumieni się, mówi o zalotności, o wielbicielach i tym podobnych rzeczach. Zdawało jej się, że siostra dziwnie prędko stała się dorosłą panną przez te dwa tygodnie i odsunęła się w jakiś świat, gdzie nie może za nią podążyć.

— Mamo, czy ty masz „plany”, jak mówiła pani Moffat? — spytała nieśmiało Małgosia.

— Mam, moje dziecko, mam ich bardzo wiele. Wszystkie matki układają plany, ale zdaje mi się, że ta pani przypisuje mi inne. Powiem ci o niektórych, bo przyszedł czas, kiedy jednym słowem można naprowadzić na dobrą drogę tę romantyczną główkę i serce. Jesteś młoda, Małgosiu, ale jesteś już w tym wieku, że możesz mnie zrozumieć, a matka najlepiej umie mówić o takich rzeczach do podobnych dziewcząt. Ludko, twoja kolej przyjdzie może z czasem, więc posłuchajcie obie moich „planów” i pomóżcie je uskutecznić, jeżeli są dobre.

Ludka przysunęła się i usiadła na poręczy fotela z taką miną, jakby się zabierały do bardzo ważnej sprawy. Pani March, trzymając córki za ręce i patrząc na nie zamyślonym wzrokiem, mówiła po swojemu poważnie, lecz wesoło:

— Pragnę, żeby moje córki były piękne, wykształcone i dobre; żeby je podziwiano, kochano i szanowano; żeby dobrze i rozumnie wyszły za mąż i wiodły pożyteczne, przyjemne życie, mając tak mało trosk i zmartwień, jak tylko Bóg pozwoli. Najmilsza i najlepsza rzecz, jaka się może trafić kobiecie, to być kochaną i wybraną przez zacnego człowieka. Mam nadzieję, że moje dziewczęta zdobędą sobie ten skarb. Małgosiu, to naturalne myśleć o tym, słuszne spodziewać się i wyczekiwać, a mądre przygotowywać się tak, abyś, gdy nadejdą pomyślne czasy, była gotowa do obowiązków i godna szczęścia. Moje drogie córeczki, jestem za was ambitna, ale nie chodzi mi o to, byście błyszczały w świecie i poślubiły bogatych ludzi tylko dlatego, że są bogaci lub że mają wykwintne domy, które nieogrzane miłością, nie mogą stanowić prawdziwych ognisk domowych. Pieniądze są potrzebną i cenną rzeczą, ale nie chciałabym, żebyście myślały, że są pierwszym i jedynym celem naszych dążeń. Wolałabym was widzieć żonami ubogich ludzi, byleście były szczęśliwe, kochane, zadowolone, niż królewnami na tronach bez szacunku dla siebie i bez spokoju.

— Bella powiada, że ubogie dziewczęta nie mają żadnych widoków, jeżeli ich same nie stworzą — rzekła z westchnieniem Małgosia.

— To zostaniemy starymi pannami — odezwała się Ludka z dumą.