— Masz słuszność, Ludwisiu, lepiej być szczęśliwą w staropanieństwie niż nieszczęśliwą żoną lub panienką polującą na męża — powiedziała pani March stanowczym tonem. — Nie troszcz się, Małgosiu, ubóstwo rzadko zraża prawdziwie zakochanego. Spomiędzy najlepszych i najbardziej szanowanych kobiet, jakie znałam, wiele było ubogimi dziewczętami, lecz tak zasługiwały na miłość, że nie dano im pozostać w staropanieństwie. Zostawcie te rzeczy czasowi. Uprzyjemniajcie rodzicielski dom, żebyście umiały prowadzić własny, jeżeli go wam ktoś ofiaruje, lub żebyście były z naszego domu zadowolone, jeżeli was inny nie czeka. Pamiętajcie jedną rzecz, dziewczęta: że matka jest zawsze gotowa zostać waszą powiernicą, a ojciec przyjacielem, i że oboje ufamy i spodziewamy się, że czy nasze córki pójdą za mąż, czy zostaną pannami, będą chlubą i pociechą rodziców.
— Będziemy pamiętać, mamo, będziemy! — zawołały z całego serca, gdy im życzyła dobrej nocy.
Rozdział X. Klub Pickwicka
Kiedy nastała wiosna, weszły w modę nowe rozrywki i z powodu dłuższych dni więcej było czasu na rozmaite zabawy. Trzeba było uporządkować ogród i każda z sióstr miała kawałek ziemi, który uprawiała według upodobania. Anna zwykle mówiła, że nawet w Chinach poznałaby ogródek każdej z nich, i mogło tak być, bo się różniły nie tylko charakterem, ale i smakiem. Małgosia miała u siebie róże, heliotropy, mirty59 i pomarańczowe drzewka. Ludka co rok zmieniała wygląd swojej grządki, robiąc ciągle nowe doświadczenia. Obecnie hodowała słoneczniki, a ziarno tej wesołej i eleganckiej rośliny miało żywić całą gromadkę kurcząt. U Elizy rosły staroświeckie, pachnące kwiaty, jak groszek, rezedy, bratki i mokrzyca dla ptaszków. Amelka urządziła altankę, nieco małą i niską, ale bardzo ładną dla oka, z powojami zwieszającymi barwne kwiatki i dzwonkami w wieńcach pełnych wdzięku. Miała też duże białe lilie, delikatne paprocie i wszystkie jaskrawe i barwne rośliny, jakie tylko chciały tam kwitnąć. W pogodne dni zajmowały się ogrodnictwem, przechadzką, pływaniem po rzece, zrywaniem kwiatków, a podczas deszczy miały domowe rozrywki, stare i nowe, a wszystkie mniej lub bardziej oryginalne. Jedną z nich był „Klub Pickwicka”. Ponieważ tajne stowarzyszenia były w modzie, osądziły, że im także wypada mieć swoje, i na cześć Dickensa60 nazwały je „Klubem Pickwicka”. Trwał on cały rok z małymi przerwami i co sobotę wieczorem schodziły się na duże poddasze, by odbywać następujące ceremonie: ustawiały rzędem trzy krzesła przy stole, na którym stała lampa i leżały cztery białe bilety z wielkimi literami „K.P.”, dla każdej odmiennego koloru, oraz tygodnik zwany „Teką Pickwicka”, do której wszystkie pisywały, Ludka zaś, zamiłowana w piórach i atramencie, była jego główną redaktorką.
O godzinie siódmej szły do klubu, przywiązywały bilety do głowy i siadały z wielką powagą. Małgosia, jako najstarsza, była Samuelem Pickwickiem61, Ludka, mająca zdolności literackie, Augustem Snodgrassem, różowa i okrągła Eliza Tracym Tupmanem, Amelka zaś, chcąca zawsze robić to, czego nie umie, Natanielem Winkle’em. Prezes Pickwick czytał gazetę, którą zapełniały oryginalne powieści, poezje, miejscowe wiadomości, delikatne wytykanie wzajemnych wad i usterek. Pewnego razu pan Pickwick wziął okulary bez szkieł, uderzył w stół, chrząknął i spojrzawszy ostro na pana Snodgrassa, który się kręcił na krześle, chcąc się dobrze usadowić, zaczął czytać:
Teka Pickwicka
20 maja 18... r.
Niechaj smutek z serca znika,
Radość twarze niech spromienia,
Dzisiaj bowiem Klub Pickwicka