Janka wykonała ruch, jakby rzuciła głowę na poduszkę.
— O, serce mu od tego nie pęknie. Bill ma na to zbyt wiele zdrowego rozsądku. Lubi też Nacię Blewett, a matka wolałaby, aby się ożenił z nią niż z jakąkolwiek inną. Taka jest gospodarna i oszczędna. Myślę, że gdy Bill przekona się, że ty go nie chcesz, weźmie Nacię. Proszę cię, nie wspominaj o tym nikomu, dobrze Aniu, przyrzekasz mi to?
— Oczywiście — rzekła Ania, która nie pragnęła zupełnie rozgłaszać faktu, że Bill Andrews chciał się z nią ożenić, że ostatecznie wolał ją od Naci Blewett. Od Naci Blewett!
— A teraz myślę, że najlepiej zrobimy, jeżeli będziemy spały — zaproponowała Janka.
Sen przychodził Jance łatwo i szybko. Ale choć nie była podobna do lady Macbeth, postanowiła sobie niewątpliwie zepsuć sen Ani. Ta dziewczyna, której się oświadczono, leżała bezsennie na poduszkach, ale myśli jej dalekie były od romantyzmu. Dopiero następnego ranka mogła się zdobyć na to, aby się nad tym wszystkim zastanowić z wesołym uśmiechem.
Gdy Janka poszła do domu — ciągle jeszcze z pewnym chłodem w głosie i zachowaniu, gdyż Ania tak niewdzięcznie i stanowczo odrzuciła zaszczyt związku z rodziną Andrewsów — Ania zamknęła drzwi i mogła się nareszcie wyśmiać.
„Gdybym się mogła podzielić z kimś tą historią! — pomyślała — ale nie mogę. Diana jest jedyną, której bym to chciała powiedzieć, ale gdybym nawet nie przyrzekła Jance dyskrecji, nie mogłabym teraz nic opowiedzieć Dianie. Powtarza ona wszystko Alfredowi: wiem o tym. No dobrze, złożono mi pierwsze oświadczyny. Wiedziałam, że to kiedyś nastąpi, ale z pewnością nie sądziłam, że stanie się to przez pośrednika. Strasznie to komiczne, a jednak jest w tym także coś przykrego”.
Ania wiedziała doskonale, na czym ta przykra strona polegała, chociaż nie przybrała tego w słowa. Piastowała potajemnie marzenia, że za pierwszym razem przyjdzie ktoś, kto jej zada to wielkie pytanie. Ale w marzeniach było to zawsze bardzo romantyczne i piękne. A ten ktoś musiał być bardzo piękny, ciemnooki, wytworny, wymowny, czy byłby księciem z bajki, który zostałby przyjęty zachwyconym „tak”, czy kimś, kogo musiałaby spotkać pełna ubolewania, ale stanowcza odprawa. W tym wypadku odmowa musiała być wypowiedziana tak delikatnie, aby była czymś bezpośrednio bliskim przyjęcia, a on odszedłby, ucałowawszy jej dłoń i zapewniwszy ją o swym wiecznym oddaniu. Byłoby to zawsze pięknym wspomnieniem, z którego można by się było czuć dumną, a zarazem nieco zasmuconą.
A oto oświadczyny te stały się prawdziwą groteską. Bill Andrews nakłonił siostrę, aby się oświadczyła za niego, gdyż ojciec dał mu górną farmę, a jeśli Ania nie „zechce” go, to go zechce Nacia Blewett. Ania roześmiała się i westchnęła potem. Z marzenia dziewczęcego zerwano kwiatek. Czy ten bolesny proces będzie trwał, aż wszystko stanie się prozaiczne i proste?