Drugi semestr w Redmondzie przeminął równie szybko, jak pierwszy — „przemknął” rzeczywiście, jak mówiła Filipa. Ania przeżyła ten okres we wszystkich fazach — bodziec współzawodnictwa, zawierane i wzmacniające się przyjaźnie, praca w rozmaitych towarzystwach, których była członkinią, rozszerzanie się horyzontu i zainteresowań. Pracowała gorliwie, gdyż postanowiła zdobyć stypendium Thorburna. Stypendium to oznaczało, że mogłaby powrócić w przyszłym roku do Redmondu, nie sięgając do skromnych oszczędności Maryli — a tego postanowiła nie czynić.
Gilbert także polował na stypendium. Ale miał dość czasu, aby często odwiedzać dom nr 38 na ulicy św. Jana. Towarzyszył Ani we wszystkich niemal sprawach uniwersyteckich, a Ania wiedziała, że w plotkach redmondzkich nazwiska ich łączono stale. Była o to zła, ale bezradna. Nie mogła odtrącić tak starego przyjaciela, jak Gilbert, zwłaszcza że nagle stał się rozumny i oględny, jak przystało w towarzystwie niejednego młodzieńca redmondzkiego, który chętnie zająłby jego miejsce u boku delikatnej, rudowłosej „nowicjuszki”, której szare oczy były kuszące jak gwiazdy wieczorne. Ania nie była nigdy otoczona gromadą powolnych ofiar, które towarzyszyły stale Filipie w jej triumfalnym pochodzie przez rok nowicjuszowski; ale jeden lękliwy, rozsądny „nowicjusz”, jeden wesoły, niski, okrągły „starszy” i jeden wysmukły, wykształcony słuchacz najwyższego kursu przychodzili chętnie na ulicę św. Jana 38 i rozmawiali z Anią o „logiach” i „izmach”, jak również o mniej poważnych sprawach, Gilbert żadnego z nich nie lubił, ale dbał usilnie, aby nie dać im nad sobą przewagi przez okazanie jakiegoś nieodpowiedniego rozwoju swoich uczuć w stosunku do Ani. Dla niej stał się znowu kolegą szkolnym z czasów Avonlea i jako taki mógł stawić czoła każdemu sentymentalnemu rycerzowi. Jako towarzysz — Ania przyznawała to uczciwie — nikt nie był tak miły, jak Gilbert. Powiadała sobie sama, iż czuje się bardzo zadowolona, że Gilbert porzucił wszystkie bezsensowne pomysły, chociaż wiele czasu traciła, zastanawiając się w duchu nad przyczynami tej zmiany.
Jedno tylko niemiłe zdarzenie zepsuło zimę. Karol Sloane, siedząc sztywno na ulubionej poduszeczce panny Ady, zapytał Anię pewnego wieczora, czy chce mu przyrzec, że „kiedyś zostanie panią Karolową Sloane”. Ponieważ nastąpiło to po misji pośredniczki Billa Andrewsa, nie zadało tak silnego ciosu romantycznej wrażliwości Ani, jak by się to stało w przeciwnym wypadku. Ale w każdym razie było to bez wątpienia drugie bolesne doświadczenie. Ania była o to zła, gdyż czuła, że nigdy w najmniejszym stopniu nie zachęciła Karola Sloane’a, aby podobną rzecz uważał za możliwą. Czegóż jednak można się było spodziewać po jakimkolwiek Sloanie? — jak zapytałaby pani Małgorzata Linde. Całe zachowanie Karola, ton, postawa, słowa były zupełnie sloane’owskie. Z pewnością okazał jej wielki zaszczyt — to nie ulegało wątpliwości. A gdy Ania, zupełnie niewrażliwa na zaszczyt, odtrąciła go, jak tylko mogła najdelikatniej i najoględniej — gdyż nawet Sloane miał uczucia, których nie należało ranić — pierwiastek sloane’owski nadal się jeszcze przejawiał. Karol nie przyjął odmowy w ten sposób, jak odrzuceni zalotnicy w wyobraźni Ani. Stał się zły i okazał to. Powiedział kilka rzeczy bardzo brzydkich. Temperament Ani zapłonął buntowniczo i odpowiedziała ciętym przemówieniem, którego ostrość przebiła nawet ochronną warstwę sloane’ostwa Karola i dotknęła go do żywego; złapał kapelusz i z czerwoną twarzą wybiegł z domu; Ania wbiegła po schodach, dwa razy potknąwszy się o poduszeczki panny Ady, i rzuciła się na łóżko, zalewając się łzami wściekłości. Czy rzeczywiście poniżyła się do tego stopnia, by się kłócić z jakimś tam Sloane’em? Czyż coś, co mógł powiedzieć Karol Sloane, miało moc wprawienia jej w gniew? O, to było poniżenie, istotnie, gorsze jeszcze niż być rywalką Naci Blewett!
— Obym już nigdy nie ujrzała tej okropnej istoty! — łkała mściwie w poduszki.
Ale nie mogła tego uniknąć, lecz Karol strzegł się, by się do niej zbytnio nie zbliżyć. Poduszeczki panny Ady były odtąd bezpieczne przed zniszczeniem, a gdy spotykał Anię na ulicy lub w salach Redmondu, ukłon jego był niezwykle lodowaty. Stosunki między nimi były przez cały niemal rok tak naprężone! Wreszcie Karol przeniósł swoje płomienne uczucia na okrąglutką, różową, płaskonosą, niebieskooką, małą „nowicjuszkę”, która potrafiła je ocenić, jak na to zasługiwały. Wówczas przebaczył Ani i zdobył się znowu na uprzejmość wobec niej.
Pewnego dnia Ania wpadła podniecona do pokoju Priscilli.
— Przeczytaj to! — zawołała, rzucając przyjaciółce list. — To od Stelli — przyjeżdża w przyszłym roku do Redmondu: co sądzisz o jej pomyśle? Ja myślę, że jest to projekt wspaniały, jeżeli tylko zdołamy go wykonać. Czy jednak zdołamy, Prissy?
— Na to będę ci mogła odpowiedzieć dopiero, gdy się dowiem, o co idzie — rzekła Priscilla, odkładając słownik grecki i biorąc do ręki list Stelli. Stella Maynard była jedną z jej koleżanek w seminarium, a obecnie nauczycielką.
„Ale mam zamiar zrezygnować z tego, droga Aniu” — pisała — „i przyjechać w przyszłym roku na uniwersytet. Ponieważ mam za sobą trzeci rok seminarium, mogę wstąpić od razu na drugi kurs. Znużyło mnie nauczycielstwo na głuchej wsi. Napiszę kiedyś książkę o «przeżyciach nauczycielki wiejskiej». Będzie to szczera prawda. Powszechnie panuje przekonanie, że wiedziemy zbytkowne życie i nie mamy nic innego do roboty, jak pobierać pensję kwartalną. Moja książka powie prawdę o nas. Mam w swojej szkole dziewięć oddziałów i w każdym muszę trochę uczyć, od badania wnętrzności glisty do studiów systemu słonecznego. Mój najmłodszy wychowanek ma cztery lata — matka posyła go do szkoły, żeby się go w ten sposób «pozbyć» — najstarszy liczy lat dwadzieścia — nagle strzeliło mu do głowy, że łatwiej jest uczęszczać do szkoły i kształcić się niżeli chodzić za pługiem.
A listy, jakie otrzymuję, Aniu! Matka Tomka pisze mi, że synek jej nie robi w rachunkach takich postępów, jak by ona pragnęła. Doszedł dopiero do zwykłego dodawania, gdy Janek Jackson uczy się już ułamków. A Janek nie jest przecież taki sprytny jak jej Tomek, więc ona tego nie może zrozumieć. Zaś ojciec Zuzi ciekaw jest, dlaczego jego córka nie potrafi napisać listu, w którym by przynajmniej połowa słów nie była napisana nieprawidłowo. Ciotka Rysia domaga się, abym mu zmieniła miejsce, gdyż niegodziwy chłopiec Brownów, który z nim siedzi, uczy go brzydkich słów.