— A ja czuję się jak Jutrzenka poranna, która śpiewa z radości — rzekła Ania.

Fila Gordon przyszła tego wieczora na ulicę św. Jana nr 38 i padła wyczerpana na łóżko Ani.

— Dziewczęta, jestem śmiertelnie znużona. Pakowałam się.

— A mnie się zdaje, że jesteś tak zmęczona dlatego, iż nie mogłaś się zdecydować, które rzeczy najpierw zapakować i gdzie co położyć — zaśmiała się Priscilla.

— Racja! A gdy już wszystko jako tako spakowałam, a gospodyni i służąca usiadły obie na kufrze, żebym go mogła zamknąć, zauważyłam, że moc rzeczy, które będą mi najpilniej potrzebne, wpakowałam na same dno. Musiałam otworzyć znowu kufer i szukać w nim przez godzinę, zanim wyłowiłam to, co mi było potrzebne. Ilekroć złapałam coś, co przy dotknięciu wydawało mi się szukanym przedmiotem, i wyciągnęłam to z trudnością, okazywało się, że to coś innego. Nie, Aniu, nie klęłam.

— Nie powiedziałam, że klęłaś.

— Owszem, lecz wyglądałaś, jakbyś to chciała powiedzieć. Ale przyznaję, że myśli moje graniczyły z bluźnierstwem. I mam taki katar! Królowo Anno, powiedz mi coś na rozweselenie!

— Pamiętaj, że w przyszły czwartek wieczorem powrócisz do krainy Olesia i Alfonsa! — rzekła Ania.

Fila boleśnie potrząsnęła głową.

— Nie, teraz gdy mam katar, nie potrzeba mi Olesia i Alfonsa. Ale co się z wami stało? Wydajecie się rozpromienione jakimś ogniem wewnętrznym. Co się stało?