— Tadziu!

— O... będę Go prosił... będę Go prosił... — rzekł Tadzio szybko, czując z tonu Ani, że musiał znowu powiedzieć coś okropnego. — Nie mam nic przeciwko temu, żeby Go prosić. Drogi Boże, żal mi bardzo, że byłem dzisiaj taki niegrzeczny, i będę się starał być zawsze w niedzielę dobrym, i proszę, wybacz mi! No, Aniu?

— Dobrze, a teraz pędź szybko do łóżka jak grzeczny chłopiec.

— Doskonale! Wiesz, nie czuję się już teraz tak źle, czuję się o wiele lepiej! Dobranoc!

— Dobranoc!

Ania opadła znowu na poduszki, z westchnieniem ulgi. O, jaka była senna! Ale po sekundzie:

— Aniu...

Tadzio stał znowu przy jej łóżku. Ania otworzyła oczy.

— Co się znowu stało, kochanie? — zapytała, starając się ukryć nutę zniecierpliwienia.

— Aniu, czy zauważyłaś kiedyś, jak pan Harrison pluje? Czy myślisz, że gdybym się długo ćwiczył, potrafiłbyzm pluć tak, jak on?