Ania usiadła na łóżku.
— Tadeuszu Keith — rzekła — ruszaj natychmiast do łóżka i zaśnij zaraz! Idź!
Tadzio poszedł i posłusznie spełnił rozkaz.
Rozdział XIV. Wieczne rozstanie
Ania siedziała z Ruby w ogrodzie Gillisów; dzień przeminął powoli. Było gorące, parne popołudnie letnie. Teraz zbliżał się wieczór.
Ania odmówiła przejażdżki przy świetle księżyca na wybrzeże w Białych Piaskach, aby móc spędzić wieczór z Ruby Gillis. Wiele wieczorów tego lata spędziła w ten sposób, chociaż często zastanawiała się, czy przyniesie to komu korzyść, i nieraz wracała do domu z postanowieniem, by nie chodzić więcej do Ruby.
W miarę przemijania lata Ruby stawała się coraz bledsza; ze szkoły w Białych Piaskach chwilowo zrezygnowała, gdyż „ojciec jej był zdania, że lepiej, aby zaczęła pracę dopiero od Nowego Roku” — a ulubione robótki często wypadały jej z rąk, które już były zbyt zmęczone. Zawsze jednak była wesoła, pełna nadziei, zawsze szczebiotała i opowiadała o swoich adoratorach, o ich rywalizacji i zmartwieniach. I to właśnie tak bardzo utrudniało Ani te odwiedziny. Co było niegdyś naiwne i zabawne, stało się teraz okrutne — śmierć przeglądała przez uporczywie podtrzymywaną maskę życia. Ale Ruby przywiązywała się do niej coraz silniej i nigdy jej nie pozwalała odejść, póki jej nie przyrzekła, że niedługo przyjdzie znowu. Pani Linde zrzędziła na częste wizyty Ani i przepowiadała, że zarazi się suchotami. Nawet Maryla nie była z tego zadowolona.
— Ilekroć idziesz do Ruby, wracasz do domu zmęczona — mówiła.
— Takie to smutne i tragiczne — odpowiedziała Ania łagodnie. — A jednak czuję, że Ruby potrzebuje pomocy, że jej łaknie. A ja chcę jej tę pomoc okazać i nie umiem. Przez cały czas, gdy jestem z nią, mam wrażenie, jakbym obserwowała walkę z niewidzialnym wrogiem. To jest powód mego zmęczenia, gdy wracam do domu.
Ale tego wieczora nie doznawała Ania tego uczucia. Ruby była dziwnie spokojna. Nie powiedziała ani słowa o zabawach, wycieczkach, strojach i chłopcach. Leżała w hamaku z nietkniętą robótką z boku, otulona w biały szal.