— Głosy śmierci brzmią jeszcze! — odpowiedziała Ania uroczyście, wskazując na pudełko.

Salwa śmiechu przerwała naprężenie.

— Musimy go tu zostawić do rana — rzekła Fila, odkładając kamień na miejsce. Od pięciu minut nie miauczał już. Może miauczenie, któreśmy słyszały, było jego jękiem śmiertelnym. A może to było tylko nasze złudzenie, wywołane wyrzutami sumienia!

Ale gdy następnego ranka podniesiono pudełko, Morusek jednym susem skoczył na ramię Ani, gdzie z miłością począł lizać jej twarz. Żaden kot nie był bardziej żywy!

— W pudełku była dziura — jęknęła Fila. — Nie zauważyłam jej wcześniej. To jest powodem, że kot nie zdechł. Musimy teraz zacząć wszystko na nowo.

— Nie, nie zrobimy tego! — oświadczyła nagle Ania. — Nie zabijemy już Moruska! To mój kot i ja go biorę pod swoją opiekę.

— No dobrze, jeżeli zdołasz go pogodzić z ciotką Jakubiną i kotem Magdy — rzekła Stella z miną człowieka, który umywa od wszystkiego ręce.

Od tego czasu Morusek należał do rodziny. Sypiał na brudnej poduszce w tylnym korytarzu i odżywiał się doskonale. Zanim przybyła ciotka Jakubina, przytył i nabrał pewności siebie. Ale jak kot Kiplinga38, chadzał zawsze własnymi drogami. Każdy kot był jego nieprzyjacielem i on był nieprzyjacielem każdego kota. Stopniowo pokonał wszystkie arystokratyczne koty w alei Spofforda. Co do ludzi, to kochał tylko Anię. Nikt nie ważył się nawet pogłaskać go.

— Mina tego kota jest nieznośna! — oświadczyła Stella.

— Morusek jest pięknym kotkiem — zaoponowała Ania, ściskając swego ulubieńca.