— Przynieść tu proszę natychmiast suknią księżnéj! Natychmiast!

Zmieszana, odurzona, pani Dagand skryła się w jakimś kąciku, czyhając na sposobność, wyglądając szczęśliwéj chwili, w któréj uda się jéj pochwycić w przelocie jednę z panien. Miała już prawie ochotę dać wszystkiemu za wygraną. Nigdy, o! nigdy, nie zdobędzie się na odwagę rozpoczęcia rozmowy z tym groźnym, z tym okropnie imponującym „panem Arturem!” W przelotném spojrzeniu, jakie na nią był rzucił, wyczytała, (a przynajmniéj czytać mniemała:) „A to kto taki? Ktoś nieubrany wcale! Robi jéj suknie szwaczka z tamtego brzegu Sekwany!”

Wreszcie udało się pani Dagand złapać jednę z niezajętych w téj chwili panien „od przedawania,” która, rzuciwszy jéj takież samo leciutko wzgardliwe spojrzenie, dodała do niego pytanie:

— Pani nie należy do stałych klientek magazynu?

— Nie, nie należę.

— Pani sobie życzy?

— Sukni, balowéj sukni... Potrzebna mi na Czwartek wieczorem...

— Na przyszły Czwartek?

— Tak, na przyszły.

— O! proszę pani, to niepodobieństwo! Nawet dla stałéj klientki nie moglibyśmy wydążyć na Czwartek.