— Ja-bym przecie tak chciała miéć tę suknią....
— Niech pani pomówi z panem Arturem... Może on przystanie. Jeżeli przystanie....
— Gdzie jest pan Artur?
— W swoim gabinecie. Dopiéro co wszedł do gabinetu. Tu, proszę pani, naprzeciwko.
Przez drzwi napół uchylone spostrzegła pani Dagand pokój, z surowym i poważnym przepychem umeblowany: prawdziwy ambasadorski gabinet! Na ścianach cztery ogromne fotografie czterech monarchiń, lub następczyń tronów europejskich... W tym-to gabinecie szukał pan Artur chwilowego po trudzie wytchnienia i siedział teraz właśnie w postawie cechującéj znużenie i wyczerpanie, zagłębiony w olbrzymim fotelu, z dziennikiem na kolanach rozłożonym.
Ujrzawszy wchodzącą panią Dagand, podniósł się z miejsca uprzejmie; ona drżącym głosem powtórzyła żądanie, z jakiém do magazynu przybyła.
— O! pani! suknia na Czwartek? balowa, strojna tualeta? Nie, pani! nie mogę się zobowiązywać, nie potrafiłbym dotrzymać. Są odpowiedzialności, których nigdy nie biorę na siebie.
Mówił to powoli, z powagą, tonem człowieka, który należycie pojmuje ważność swego położenia.
— Ach! jakże mi przykro! Jakie to dla mnie zmartwienie! Koniecznie, ach! koniecznie potrzebuję téj sukni. Powiedziano mi, że od pana tylko zależy....
Nie mogła dokończyć! Dwie łzy, dwie niewielkie, prześliczne łezki perełkami na rzęsach jéj stanęły. Pana Artura ogarniać zaczynało wzruszenie. Kobieta, i to jeszcze taka piękna, płacze tu, przed nim.... Genialności jego nikt jeszcze takiego hołdu nie złożył!