— Mój Boże, skoro pani tak tego pragnie, postaram się... sprobuję... Skromną jakąś sukienkę...

— O! nie... Nie skromną... Owszem, bardzo strojną, bardzo świetną... Najświetniejszą, jak można.... Dwie moje przyjaciółki są pana klientkami.

Tu wymieniła ich nazwiska.

— Ja zaś, jestem panią Dagand...

— Panią Dagand! Pani jest panią Dagand?

Prawdziwa zmiana dekoracyi, zupełnie jak w teatrze! Po tych dwóch: panią Dagand! nastąpiło spojrzenie i uśmiech. Spojrzenie dostało się dziennikowi, uśmiech pani Dagand; był to jednak uśmiech dyskrecyą powściągany, wstrzemięźliwy, delikatny, uśmiech człowieka jak najlepiéj wychowanego. Uśmiech ten zaś i spojrzenie mówiły wyraźnie, najwyraźniéj jak można:

— A! więc to pani jest panią Dagand, tą dziś już sławną panią Dagand, która była wczoraj w Operze... A! rozumiem już, rozumiem... Przed chwilą właśnie czytałem w dzienniku artykuł... Nie potrzebuje mi już pani nic mówić... Wiem już wszystko... wiem... Trzeba było powiedziéć mi odrazu nazwisko: pani Dagand! Tak! wiem, że pani potrzebuje sukni... Tak! będzie pani miała suknią.... Tak! chcę miéć udział w tryumfie pani....

Poczém zawołał pan Artur:

— Panno Blanko, prosimy tu zaraz! Panno Blanko!

I odwracając się do pani Dagand, zapewnił ją: