— To niepospolita osoba... Ale niech pani będzie spokojna... Sam się zajmę... sam! tak, pani, sam!
Pani Dagand trochę była zawstydzona, troszeczkę swoim rozgłosem i sławą zmieszana, ale bardzo przecież kontenta. Nadbiegła téż i panna Blanka.
— Proszę zaprowadzić panią do miary, — rzekł pan Artur. — Trzeba wziąć miarę na suknią balową... bardzo wyciętą... ręce niczém niezakryte... Przez ten czas ja myśléć będę... Pomyślę.... Może mi się uda, wymarzyć... wymyślić coś dla pani... Trzeba coś zupełnie nowego. A! jeszcze chwileczkę... Przed odejściem niech pani pozwoli....
Wolnym bardzo krokiem obszedł panią Dagand naokoło, przyglądając się jéj z jak najgłębszą uwagą; potém odsunął się od niéj trochę i zdala przyglądać się jéj zaczął. Twarz jego miała wyraz powagi, stroskania, niepokoju. Wielki mędrzec rozwiązujący wielkie a zawiłe zadanie! Ręką przeciągał po czole, oczy w niebo podnosił, wśród bólów porodu natchnienia szukając...
Nagle rozjaśniło mu się oblicze: głos z góry dał się słyszéć wzywającemu.
— Proszę... proszę... niech pani raczy przejść do miary... Mam już suknią dla pani... Panno Blanko, wracając, proszę mi tu przynieść tę sztukę różowego atłasu... wié pani? tę, którą chowałem na wypadek... w razie czegoś ważnego...
Za chwilę ujrzała się pani Dagand sam na sam z panną Blanką, w saloniku, gdzie mierzono paniom suknie, podobnym do budki, z lustrzanych ścian ustawionéj.
Gdy w jaki kwadrans potém wróciła pani Dagand po zdjęciu miary, znalazła pana Artura otoczonego stosem sztuk atłasów we wszystkich kolorach, krep, tiulów, koronek, gipiur, broszowanych materyi...
— Nie, nie, — oświadczył pannie Blance, która niosła mu wyżéj wspomnianą sztukę atłasu, — niepotrzebny już atłas różowy... Mam coś lepszego... Niech pani słucha, panno Blanko, niech pani mnie słucha uważnie... Trzeba zrobić tak: Usuwam kolor różowy i stanowczo obieram dla pani ten atłas koloru kwiatu brzoskwiniowego. Tak więc pani zrobi: suknia wązka, staroświeckim krojem, tak zwany „fourreau.” Taka tylko suknia rysuje wytworne linie ciała, pozwala zgadywać delikatne i gibkie jego kształty.... Suknia powinna być wązka, obcisła prawie, bez spodnic.... Jedwabne tylko spodniczki... Trzeba żeby oblepiała prawie panią.... Słyszy pani, panno Blanko? żeby ob-le-pia-ła.... Na takiéj sukni udrapujemy krepę... ot, tę! udrapujemy ją leciutko, w niewielkie, bardzo niewielkie fałdy... Powinna wyglądać niby zarzucony na suknią obłok... przezroczysty, rozwiewny, niepochwytny... Ręce obnażone po same ramiona, mówiłem to już pani, panno Blanko? Zupełnie obnażone! Na ramionach, nic, prócz skromnéj jakiejś kokardy, przepięcia, z pod którego dobrze widać ramię... Z czego zrobić przepięcie? Nie wiem... waham się jeszcze... Potrzebuję namyślić się... Niech pani raczy powrócić jutro.... Do jutra, pani, nie prawdaż? Do jutra!
Pani Dagand powróciła nazajutrz, i znowu nazajutrz po owém „jutrze,” i powracała tak codzień aż do Środy, poprzedzającéj ów sławny Czwartek. A za każdym razem, czekając aż na nią przyjdzie koléj przymierzania, obstalowała sobie jakąś sukienkę, skromniutką wprawdzie, bardzo skromną, ale zawsze przecie wynoszącą od siedmiuset do ośmiuset franków.