Nie dość na tém. Gdy za piérwszą swoją bytnością u pana Artura, wychodziła pani Dagand z podwoi, prowadzących do tego przybytku mody, widok jéj karetki ciężką zadał jéj boleść... bardzo ciężką! Smutnie bo, ach! jak smutnie wyglądała ta karetka wpośród arcy-wspaniałych ekwipaży, które, trzema stojąc rzędami, zajmowały połowę szerokości ulicy. Karetka to była jeszcze nieboszczki jéj świekry, i od piętnastu już lat się wysługując, dziś jeszcze turkotała po bruku ulic Paryża. Pani Dagand po to tylko wsiadła do téj opłakanéj karetki, aby się kazać zawieźć do słynnego karetnika...

Wieczorem zaś, zręcznie skorzystawszy z psychologicznego momentu, wytłómaczyła panu Dagand, że widziała taką sobie niewielką, czarną, takim sobie ciemno-błękitnym atłasem wybitą karetkę, która pasowała-by w sam raz... ach! jakby pasowała prześlicznie! do nowych sukienek pani Dagand.

Nazajutrz kupioną została nowa karetka przez pana Dagand, który także czuć już zaczynał i pojmować całą rozciągłość nowych swoich obowiązków. Ale tegoż dnia jeszcze spostrzeżono, że niepodobna do téj karetki — istnego cacka! — zaprzęgać starego konia, który ciągnął tamtę starą karetę, i że również niepodobną jest rzeczą posadzić na koźle starego stangreta, który starym koniem powoził.

I dlatego to we Czwartek, dnia 25 Kwietnia, o pół do jedenastéj wieczorem, śliczna klacz skarogniada, którą powoził wspaniały stangret Anglik, wiozła do Palmerów oboje państwa Dagandów. Brakowało przecież jeszcze jednéj małéj, niewielkiéj rzeczy. Obok stangreta Anglika powinien był siedziéć mały groom. Trzeba jednak być delikatną i miarę zachować w żądaniach. Najpiękniejsza w całym Paryżu osoba miała zamiar przeczekać z jakie dni dziesięć i potém dopiéro poprosić o małego grooma.

Wstępując na schody Palmerów, czuła wyraźnie każde uderzenie serca, które mocno, bardzo mocno biło pod suknią, z rąk pana Artura wyszłą. Czuła to pani Dagand, że rozgrywają się jéj losy. Wiedziała, że Palmerowie powtarzali wszystkim: „Bądźcie państwo u nas we Czwartek; zobaczycie panią Dagand, najpiękniejszą w Paryżu osobę.” Podniecało to ciekawość ludzką i zazdrość także potrosze.

Weszła pani Dagand do salonu i w pierwszéj zaraz chwili doznała rozkosznie słodkiego uczucia, jakiém przejmuje kobietę pewność, że się jéj uroda podoba. Istnym tryumfalnym marszem kroczyła przez długą galeryą pałacu Palmerów. Szła krokiem pewnym i śmiałym, wyprostowana, z podniesioną do góry śliczną główką, ze splecionemi na sukni rękoma! Zdawać się mogło, że nic nie widzi i nic nie słyszy, ale jak wybornie widziała! jak czuła na swoich ramionach ogień, którym ją paliły spojrzenia wszystkich obecnych! Ślad jéj przejścia zaznaczał się szmerem niby szemrzącéj uwielbieniem fali, a żadna na świecie muzyka nie mogła być słodszą dla jéj uszu!

Tak, niewątpliwie, wszystko idzie jak najlepiéj. Niebawem Paryż cały podbije! I pewna siebie, za każdym krokiem coraz więcéj siłom swoim ufająca, coraz lżejsza i coraz śmielsza, szła wsparta na ramieniu Palmera, który wymieniał jéj, idąc, nazwiska hrabiów, margrabiów, książąt.

Idąc, rzekł jéj Palmer:

— Szukam właśnie i chcę pani przedstawić jednego z gorących jéj wielbicieli... księcia Agenora de Nérius... Parę dni temu widział panią w Operze i zachwycony był... zachwycony... O niczém inném mówić nie mógł nawet, tak go piękność pani zachwyciła.

Ona zaczerwieniła się jak wiśnia. Palmer okiem na nią rzucił i śmiać się zacząwszy: