Tą pięknością jest pani Dagand, żona jednego z najmilszych oraz najbogatszych regentów Paryża. Książę de Nérius, którego słowo jest w podobnych kwestyach wyrocznią, mówił wczoraj wieczorem każdemu, kto go chciał słuchać: „To najpiękniejsza osoba w Paryżu!” Zupełnie podzielamy jego zdanie.
Punkt i kréska, i na tém koniec. Wystarczało tu zupełnie. Kto wié? zanadto może było tego. Czuła pani Dagand, że ją ogarnia nadzwyczajne, nieokreślone wzruszenie: coś nakształt mieszaniny bojaźni z radością, wesela z zawstydzeniem, zadowolnionéj miłości własnéj z obrażoną skromnością niewieścią. Poły szlafroczka odchyliły się trochę, zsunęła je gwałtownym prawie ruchem i skrzyżowała na nóżkach, które raptownie w tył, pod fotel cofnęła. Przez chwilę jéj się zdawało, że rozebrana stoi wobec tłumu nieznajomych sobie ludzi, że cały Paryż zbiegł się do jéj małżeńskiéj komnaty sypialnéj i że w piérwszym rzędzie tego tłumu on stoi, on, książę de Nérius, i woła do wszystkich: „Patrzajcie państwo! Patrzajcie! To najpiękniejsza osoba w Paryżu!”
Książę de Nérius! Znane jéj było to nazwisko, z żywą bowiem ciekawością czytywała po dziennikach artykuły, noszące tytuły: Życie paryzkie, High-life, Echa wielkoświatowe i t. d.; z równém téż zajęciem czytywała kroniki, podpisywane: Fatałaszka, Cacko, Welutyna, Muślinowy obłoczek, jak i opisy eleganckich ślubów, wielkich balów, świetnych przedstawień teatralnych i bazarów na rzecz ubogich. W artykułach tych i kronikach, zarówno jak i w opisach, powtarzało się ciągle nazwisko księcia, a zawsze wspominano je i przytaczano, jako najwyższą wyrocznią we wszystkich kwestyach, tyczących się elegancyi i mody wielkiego świata paryzkiego.
I on-to ogłosił ją teraz za najpiękniejszą! O! stanowczo, zadowolenie przeważało w niéj teraz nad obawą. Cała jeszcze drżąca ze wzruszenia, pani Dagand stanęła przed ogromném staroświeckiém, do podłogi sięgającém zwierciadłem, w którém dotąd odbijały się tylko postacie poczciwych mieszczanek, wydanych za poczciwych regentów. Zaczęła się przeglądać w niém, przypatrywać sobie długo, chciwie, ciekawie... szczegółowo piękność swoję badając. Zapewne, wiedziała, że jest ładną; teraz jednak... o potęgo słowa drukowanego! nabrała przekonania, że jest przecudowną. Przestała być panią Dagand, była już „najpiękniejszą” w całym Paryżu kobietą. Nóżki jéj, te maleńkie, bose — (nie wstydziła się już teraz ich widoku) — zdawały się nie dotykać ziemi: na obłokach niesiona, wzlatywała powoli w niebiosa, czuła, że się boginią staje.
Nagle ogarnął ją niepokój wielki: „Edward? Co powié Edward?” Edward, był to jéj mąż. Nikogo w życiu, żadnego mężczyzny, prócz męża, nie nazywała chrzestném imieniem. Kochała swego regenta! I w téj że prawie chwili, gdy zadawała sobie pytanie, co na to Edward powié, otworzył raptem drzwi — Edward.
Tak! on to był, zdyszany trochę, biegł bowiem, przeskakując po kilka schodów odrazu. Spokojnie grzebał się w szpargałach, siedząc w kancelaryi, na dole w tym-że samym domu położonéj, gdy jeden z kolegów, nie szczędząc przytém powinszowań, przyniósł mu do przeczytania wyżéj wspomniany artykulik.
Prędko pozbył się kolegi i, cały wzburzony, wpadł do pokoju żony, wybuchając gwałtownym potokiem słów:
— Do czego się już nie wtrącą ci dziennikarze! To niegodziwość! Twoje nazwisko... patrz! o! tu! twoje nazwisko w tym dzienniku!
— Tak... wiem. Widziałam.
— Jakto! wiész, widziałaś, i uważasz to za rzecz naturalną?