— Mój drogi!
— W jakich-że czasach żyjemy! Bo téż jest w tém trochę twojéj winy.
— Mojéj!
— Naturalnie, że twojéj.
— A to jakim sposobem?
— Miałaś wczoraj wieczorem na sobie suknią mocno wyciętą, bardzo mocno, nadto mocno wyciętą... Matka twoja mówiła ci to przecie.
— O! mama...
— Nie można mówić: „O! mama!” Mama miała słuszność... Patrz! czytaj! Ramiona jéj... Ach! jakie ramiona! To przecie o twoich ramionach mowa... o two-ich. Dobry jest ten książę, który pozwala sobie ogłaszać cię za najpiękniejszą...
Miał on strasznie mieszczańskie pojęcia, uczciwy ten człowiek, barbarzyńskie jakieś pojęcia przedpotopowych regentów, mieszkających przy ulicy Smoka; regenci bowiem z bulwaru Malesherbes są już innymi.
Łagodnie, słodziutko potrafiła pani Dagand uspokoić to gniewne oburzenie. Bezwątpienia, słowa jéj wiele miały wymowy i wdzięku, ale o ileż więcéj wdzięku było i wymowy w słodkiéj pieszczotliwości spojrzenia jéj i uśmiechu!