- Ty moja!... Ja za nic w świecie nikomu cię nie oddam, wydrzeć sobie nie pozwolę!...

A uspokoiwszy się stopniowo, ciągnął:

- I czyż wobec tego zatem dziwić się nawet możesz złemu humorowi memu, owego wieczora, pamiętasz, w Lucernie!... To nie był gniew, opryskliwość, jak to nazwałaś, dziwactwo! O, wierz mi - nie!... To była, wywołana cierpieniem tylko - za­zdrość i żal duszy, że komu innemu pozwalasz choć częścią wdzięków twych się napawać, że na nie pa­trzy, rościć sobie może jakieś urojone, choćby ima­ginacyjne do nich prawa - mężczyzna inny - niźli... ja...

Roman mówić przestał wzburzony i wzruszony.

- Rozumiesz więc teraz, kochanie ty moje? ­rzekł znowu po chwili miękko, łagodnie, i spojrzaw­szy prosząco w oczy słuchającej go w milczeniu Oli, rzucił pytająco: -Przebaczasz?..

- Ależ przebaczam... przebaczam!... - rzekła, uśmiechem, pieszczotliwie Ola, a że nikogo podówczas właśnie w pobliżu nie było - siedzieli w cieniu alei nadbrzeżnej nad Lemanem - zarzuciła na szyję Romana swe długie białe ręce, i przytuliwszy się doń, poczęła mu z kolei szeptać:

- Ty mój drogi, jedyny!... Od kwadransa pa­trzę na ciebie i rosnę w duszy, takiś szlachetny, rozumny, piękny... Piękny!... - powtórzyła z zalotnością, namiętnie i przymilająco się musnęła wargami śniadą twarz Dzierżymirskiego.

- Nie taki, jak wówczas, zazdrosny, zły, brzyd­ki!...- przekomarzała się z wdziękiem - ale taki zakochany... wielki!...

I Ola czulej jeszcze przycisnęła się do Romana, zbliżyła swe wargi świeże do jego ust zmysłowych, i mówić poczęła głuchym szeptem, urywanym od uczucia nadmiaru - przeplatanym pieszczotą, pełnym tęt­niących w nim młodych pragnień:

- Kocham cię!... kocham... kocham!... Jak ni­kogo dotąd... nigdy, nigdy!... - szept przy tem mło­dej kobiety zadrżał namiętniej jeszcze. - Nie ja - to ty przeciwnie nie rozumiesz, nie czujesz, jak cię kocham, uwielbiam !...