- Na ogólne zebranie pań Opieki Ś-go Franci­szka z Assyżu; a ty wychodzisz także?..

- A jakże. Na sesyę Związku Kredytowego.

- Na którą godzinę?

- O pierwszej się rozpoczyna...

- Pysznie!.. - zawołała uradowana Ola.- Ka­załam właśnie do powozu zaprządz, podwiozę cię... A śniadanie drugie już jadłeś?

- Nie, kochanie, czasu mi nie starczyło. Prze­kąszę coś nie coś na mieście...

- Mój ty biedaku !.. - i pogłaskawszy pie­szczotliwie męża po twarzy, uściskała go Ola serde­cznie, - taki zajęty zawsze, że nawet prawie nie można nigdy pomówić z tobą swobodnie...

- A czyja wina? - przekomarzał się wesoło Dzierżymirski.- Gdy ja do domu wpadnę, nigdy pa­ni mej nie ma... To zebranie Ś-go Antoniego, Kalsantego, Ambrożego, - wszystkich świętych jednem słowem... To znów z kolei opatrywaniu chorych, wenta na przytułki, obrady na zabawy filantropijne, rozdawnictwa, gwiazdki dla dzieci, rozbieranie ich, ubieranie... Czy ja w końcu wiem i pamiętam, wszyst­kie owe tam wasze damskie pseudo-prace?..

- No, no... Bardzo proszę, nie wyśmiewać mi się z nas... Niby to wy, panowie, robicie co na owych sesyach. A jakże! Rozmawiacie zgoła o czem innem, papierosy palicie, kłócicie się i rozchodzicie. Ho-ho, już ja wiem dobrze, co mówię!..- odparła z przeko­naniem obrażona niby Ola.

I w ten sam sposób dłużej jeszcze przekoma­rzaliby się żartobliwie małżonkowie, gdyby nie wej­ście lokaja, który zaanonsował: