- Proszę jaśnie państwa, powóz już czeka...

- Aaa... to dobrze! - rzekł Roman żwawo, da­leki już myślą od dręczących go do niedawna wspomnień.

- Nie przebierzesz się Romciu? - zapyta­ła Ola.

- Ani myślę, nie mam czasu! Patrz, dochodzi już pierwsza... Cóż to, moje życie, uważasz może, że nie po dżentlemeńsku wyglądam?... - zapytał lekko.

- Ale gdzież tam... Cóż znowu?.. Tego my­śleć się nie ośmielam - roześmiała się Ola. - tylko tak trochę... nie świeżo... Czekaj, przeczeszę cię, poprawimy krawat i oczyszczę...

Dzierżymirski poddał się pokornie wymaganiom estetycznym żony.

- No, fertig! Wyglądasz znośnie!.. - zadecydowała Ola po chwili.

- Phi... tylko? To niezbyt pocieszające, - od­parł, śmiejąc się, Roman - i wyszedł z Olą do przedpokoju.

W bramie domu czekał już powóz odkryty; Dzierżymirscy wsiedli doń pośpiesznie, lokaj wsko­czył na kozły i ruszyli. Znany w całem mieście pojazd "prezesowstwa", zaprzężony w dwa rosłe mieszańce, krwi anglo-arabskiej, wytoczył się na ulicę i pomknął chyżo.

Co chwila z pośród idącej po szerokich chodni­kach publiczności, lub z wymijanych powozów, kła­niał się ktoś uprzejmie Dzierżymirskim, a oni, uśmiechnięci, weseli, tak samo grzecznie oddawali wszyst­kim ukłony. Po dłuższej chwili milczenia, odezwał się Roman: