I Dzierżymirski przesunął dłoń po czole, jakby pragnąc zetrzeć z niego ostatecznie myśli nieposłuszne. Stanął po chwili przed lustrem, rozczesał starannie włosy i brodę, poprawił szczegó[ły swej] toalety, a przybrawszy zwykłą codzie[nną pozę] oblicza - przestąpił sprężyście próg z[ bu]duaru... Rzucił znowu oczyma po salac[h ].
Druga, czy trzecia partya gości [ ]raz wieczerzę, a tamci, syci, przechad[zali się po] nim. Nagle ujrzał w dali sylwetkę w[ ] szukającej uparcie wzrokiem kogoś ws[zak po] chwili oczy ich spotkały się, Ola uśmie[chnęła się ] i przyzywać go poczęła skinieniem głowy. [Równocze]śnie ktoś szybko uchwycił za rękę Romana.
- Qua diable, ekscelencyo!.. - zabrzmiał głos Ładyżyńskiego. - Co z tobą się dzieje? Kolacya rozpoczęta, pani Ola cię szuka, goście dopytują się o ciebie bezustannie, a tyś, jak w wodę wpadł... Bój się Boga, wielki człowieku, cóż z ciebie za gospodarz domu!?.. - i pan Emil, wziąwszy pod rękę Dzierżymirskiego, prowadzić go począł poprzez salony.
Roman zaś teraz dopiero zdał sobie sprawy dokładnie, jak widocznie długo nie było go pomiędzy gośćmi.
- Telefonowano do mnie, interes bardzo ważny!.. Naprędce załatwić musiałem korespondencyę... - skłamał gładko.
- Ach, zawsze z ciebie ten sam interesoman - zaśmiał się Ładyżyński - wiesz co ? Ja myślę, że jeżeli tak dłużej potrwa, to i w nocy będziesz przewodniczył sesyom, a niby ś. p. Napoleon godzin parę tylko spoczywał w objęciach Morfeusza!..
(przypis - druga strona spalenizny)
[Rom]an na tę uwagę nic nie odpowiedział, bo [ ]go. Panowie i panie przywłaszczali so[bie ]gi nieobecnego tak długo gospodarza do[ ]ię z nim w rozmowy, na których dnie, [ ]rył się i tu nawet, zręcznie wyzyskujący [ int]eres osobisty.
[Dzierży]mirski zaś, ze zwykłą sobie pozorną po[wagą ] poddawał się temu wszystkiemu uprzej[mie rozmaw]iał z ożywieniem i niebawem znikł z oczu, [ ] falą gości. W tryby swe, kółeczka i koła [ ]ała go znowu machina życia, ścierając walkę [my]śli, wrażenia z przed chwili, barwnym, bawiącym się "towarzyskim światem", tak, jak wczoraj czyniła to interesami, sesyami, pracą społeczną, lub czem innem wreszcie...
To właśnie życie czynne było największem może czasowem lekarstwem Romana - było jego morfiną, której za moralną dawką zapominał chwilowo o wszystkiem.