Tymczasem czas mknął szybko. Po skończonej już zupełnie kolacyi, przez czas krótki do kulminacyjnego punktu ożywienia doszedł raut prezesowstwa Dzierżymirskich... Salony rozbrzmiały zdwo­joną zabawą i rozmową. Na wszystkich prawie twa­rzach widniało szczere zadowolenie, co w wielkiej mierze zawdzięczano niezmordowanym, gościnnej uprzejmości pełnym zabiegom Romana i Oli.

Eleganckie ich sylwetki, wśród barwnej lśnią­cej fali zaproszonych osób, migały szybko, znajdo­wały, zdawało się, wszędzie, by tylko uprzyjemnić, rozruszać i zabawić wszystkich, umiejętnem przedstawianiem, dobieraniem wzajemnem kół i kółeczek swych gości.

Wreszcie stopniowo, z wolna, w salonach uka­zywać się poczęło coraz więcej swobodnego miejsca...

Wybiła gdzieś godzina wpół do trzeciej. High life miejscowy pierwszy dało hasło do odwrotu, za jego przykładem, śladem poszły i sfery inne... Przed domem, oraz na asfalcie obszernego dziedzińca za­tętniały liczne uderzenia kopyt końskich, zamajaczy­ły ogniki u latarń dziesiątek powozów i karet. Roz­jeżdżało się tłumnie i coraz szybciej.

U wejścia wyludniających się coraz bardziej sa­lonów, znowu stali teraz Dzierżymirscy, żegnając wszystkich serdecznie i grzecznie nad wyraz.

- N'est ce pas ? do zahaczenia w Gowarto­wie?.. - rzuciła na pożegnanie Ola odchodzącemu już w tejże chwili Topolskiemu.

- Najmilszym to dla mnie będzie obowiąz­kiem!.. - zabrzmiała, w ukłonie wytwornym skwa­pliwa jego odpowiedź.

*******************************************

Noc wiosenna, cicha, przez otwarte wszystkich apartamentów okna, zajrzała w swej gwiaździstej sza­cie do salonów Dzierżymirskich.

Ciepłym, rzeźkim powiewem zmieszała się ona z pozostałą tu wonią perfum, potu ciała i oddechów ludzkich, - tchnieniem swem dotknęła głów siedzą­cych w zacisznym buduarze Romana i Oli.