Dzierżymirski wpatrzył się uważnie w Orlę­ckiego; ostatnie słowa, wypowiedziane przez niego, odkryły mu utajoną stronę życia siedzącego przed nim człowieka - nieszczęście, gorycz skrytą, a po­wodów jej łacno domyślił się Roman. Pomimo woli, żal mu się Orlęckiego zrobiło.

- To szkoda jednak - przemówił z wolna - że panowie mieszkają tak od siebie z daleka... Pan Hugo, choć odludek i egoista, poza tem jednak człowiek nieposzlakowanej opinii i nadzwyczaj przy tem wpływowy i bogaty.

Orlęcki na te słowa uczynił niewyraźny ruch rę­ką; - nastała chwila milczenia.

- Wypada mi raz jeszcze przeprosić stokrot­nie pana - odezwał się znów pierwszy Dzierżymir­ski - że ośmielam się wkraczać w stosunki jego, tak osobiste, lecz po pierwsze wyjątkowe położenie nasze tu, na obczyźnie, jako rodaków, skłania mnie do tego; po drugie zaś, że w tym względzie może mogę stać panu użytecznym...

Orlęcki, zdziwiony, spojrzał na Romana.

- Tak jest - rzekł Dzierżymirski, z uśmie­chem - cóżby szanowny pan bowiem powiedział na to, gdybym... -- tu zatrzymał się sekundę - ułatwił mu... - Dzierżymirski przy tem zaakcentował wyraźnie ostatnie wyrazy - powrót do kraju... Stosunka­mi zaś dał mu jaką posadę korzystną?..

- Ależ, panie prezesie! - wykrzyknął Orlęcki, i zerwawszy się z fotelu, uchwycił dłoń gościa swego, ściskając ją serdecznie.. - Wdzięczność moja i ser­cu memu bliskich nie miałaby granic!.. Lecz dopra­wdy, nie pojmuję... nie rozumiem!.. - urwał wzruszo­ny... - Skąd taka łaska pana prezesa dla mnie?... Wszak poznaliśmy się tak niedawno! - dokończył i zamilkł, nie wiedząc snać, co powiedzieć, jak się obrócić i znaleźć w sytuacyi, tak dlań niespo­dzianej...

Roman tymczasem powstał również z miejsca, i oddawszy serdecznie uścisk Orlęckiemu, po przyjacielsku ujął go za ramię.

Przeszli po pokoju tak razem kroków kilka, poczem Dzierżymirski, wciąż idąc pod rękę z Orlęckim, rzekł całkiem swobodnie:

- Przyznaję, poczułem do szanownego pana szczerą sympatyę, rozumiem przy tem w zupełności połóżenie jego tutejsze, i gotów jestem uczynić dla nie­go wiele...