- Dziękuję, po tysiąc razy dziękuję! - uścisnął Orlęcki serdecznie trzymane ramię Romana, z równowagi cały wyprowadzony.
Dzierżymirski mówił tymczasem dalej, pomny celu swego:
- Lecz daruje pan rzecz jedną... Nim przystąpimy mianowicie do obchodzącej pana sprawy, wiedzieć muszę dokładnie - Roman zatrzymał się - zupełnie szczegółowo - poprawił - przebieg dotychczasowego jego życia. Nic w tem dziwnego z mej strony, wszak prawda?.. Znać mam przyjemność szanownego i kochanego pana od tak bardzo niedawna! - dokończył, z przyjaznym uśmiechem, i jak najnaturalniej na pozór.
- Ależ, rzecz prosta! Tajemnicy w tem zresztą nie ma żadnej! - odparł Orlęcki szybko, przekonany zupełnie. - Opowiem prezesowi wszystko natychmiast! - ciągnął dalej rozradowany.
- No, to siadajmy!.. - rzekł wesoło Dzierżymirski.
Usiedli jeden naprzeciw drugiego. Roman wpatrzył się badawczo w twarz Orlęckiego, a w oczekiwaniu zwierzenia, którego w duszy tak bardzo pragnął, twarz mu pobladła mimo woli, aksamitne zaś spojrzenie ciemnych oczu stało się bardziej jeszcze przenikliwem i rozumnem.
- Słucham pana - rzekł poważnie.
Uśmiechnięty, radosny, poprawił się Orlęcki na krześle, i sięgnąwszy po cygara, zapalił jedno, w roztargnieniu częstując niemi Romana.
- Dziękuję, palę jeszcze - uśmiechnął się niedostrzegalnie Roman, i spojrzał z pod oka na gospodarza. - Rôti ŕ point! - zadecydował w myśli sarkastycznie.
- A, przepraszam! -odrzekł Orlęcki i mówił dalej: