- Otóż, co do mego, technicznie tak zwanego curriculum vitae, postaram się opowiedzieć je prezesow­i w kilku słowach. Rzecz ta przedstawia się zatem ­jak następuje:

- Urodzony lat temu, czterdzieści i siedem, dobiegam już bowiem pięćdziesiątki - uśmiechnął się - z ojca Ryszarda i matki Józefy z Lancjarskich de domo, przepróżnowałem, kształcąc się w domu, do lat piętnastu... Potem oddano mnie do Jezuitów, następnie kończyłem uniwersytet w Bonn, nad Renem, i wróciwszy do kraju, objąłem klucz majątkowy, dzie­dziczny Orlin...

- Bywając w, świecie przez lat kilka, starając się o pierwsze w kraju partye, żyjąc nieco szeroko, straciłem majątek... Następnie spotkałem dzisiejszą żonę moją, z domu hrabiankę Bożkowską... Przez ż - ­uśmiechnął się Orlęcki, - bo są i Borzkowscy przez rz, bez tytułu i nie pochodzący wcale z karmazy­nów - zwyczajne szaraki - objaśnił.

Dzierżymirski w tem miejscu uśmiechnął się pobłażliwie - sarkastycznie, lecz słuchał w milczeniu dalej.

- Pobraliśmy się, - ciągnął tymczasem Or­lęcki - i osiadłem na roli, już nie jako pan, ale jako skromny obywatel na kilkudziesięciu włókach ziemi, i naturalnie, z czasem zerwałem przy tem zupełnie dawne światowe stosunki... Gospodarowa­łem sobie tak cicho lat kilkanaście, stałem się domato­rem - przekształcałem stopniowo, o ile mogłem, w czci­godnego pana sąsiada... Wreszcie, niestety, jak pio­run z nieba, spadło na mnie zdarzenie pewne... Nie wspomożony przez nikogo, sprzedać musiałem dobra, i przybyłem tu - za chlebem!..

Orlęcki umilkł na chwilę, poczem, dodał nie­co smutnie :

- Jak najpiękniejsza od słońca płowieje mate­rya, tak i najbarwniejsze życie blaknie od nieprzychylnych ciosów życia. Szarzyzną ono dla mnie dzi­siaj - trudno! - westchnął, i zamilkł znowu.

W nadziei, iż dowie się jeszcze oczekiwanego przezeń "clou" historyi tej całej, milczenia tego nie przerywał Dzierżymirski. Po dłuższej jednak chwili, widząc, że Orlęcki, pochłonięty myślami, zapominać zdaje się nawet o jego obecności, zagadnął uprzejmie:

- I jeśli wiedzieć wolno, cóż dalej?

Jakby ze snu jakiego dalekiego zbudzony, Orlęcki podniósł powoli posmutniałe oczy na Ro­mana.