- Eee! cóż znowu!.. - okrzyczał się Ładyżyński - ­pani marszałkowa niech będzie spokojną, poluje sobie na kaczki, i jedynaczkę swą wydziedzicza. Do­brze robi zresztą, bardzo dobrze... Wydziedziczać młodych! Niech nie lekceważą woli starszego pokolenia!.. Wydziedziczać!.. dokończył pan Emil z patosem, i powstawszy z fotelu, jednocześnie z panią Me­lanią żegnać się począł.

- Uciekam już, bo mam jeszcze parę wizyt, ale... Ładyżyński urwał - Wszak pani marszałkowa jedzie jutro dopiero o 3-ej, nieprawdaż? - mówił, ca­łując z wdziękiem rękę staruszki - nie żegnam się więc, będę na dworcu, może wypadnie coś ułatwić, dopomóc...

- Dziękuję panu, dziękuję bardzo - odparła z uśmiechem pani Warnicka - do miłego zobaczenia się. .

Pan Emil, z cylindrem w ręku, ukłonił się u drzwi raz jeszcze, poczem jego elegancka, opięta w tużu­rek, zgrabna sylweta zniknęła za portyerą salonu.

Znalazłszy się zaś przed domem, na ulicy, Ła­dyżyński wskoczył pośpiesznie do oczekującej nań dorożki na gumach, i rzuciwszy niedbale adres, ka­zał się wieźć dalej.

Już na ulicach i w magazynach jaśniały rzęsiście światła, gdy w dwie godziny później wysiadał z tegoż pojazdu przed piękną kamienicą w śródmieściu, a odprawiwszy swój kawalerski ekwipaż, skierował się w bramę czteropiętrowego domu, gdzie na pierwszem piętrze zajmował eleganckie, z trzech pokoi, mieszkanie.

Mały, zwinny chłopczyna, ubrany w liberyjną, ze złotemi guziczkami, granatową kurtkę, przekomarzał się właśnie na dziedzińcu, z którąś chichoczącą młodszą, gdy pan jego zjawił się nagle w bramie, a ujrzawszy śmiejącą się dwójkę, pogroził jej laską, z uśmiechem. Służąca zaśmiała się zalotnie i głośno, lokajczyk zaś pędem porwał się z miejsca i poleciał na górę, w parę minut później, z pokorną miną, otwie­rając drzwi Ładyżyńskiemu.

- Ej, malutki!.. pogroził mu znów palcem pan Emil, poczem, zdjąwszy paltot, zapytał: - Był tu kto?

- Owszem, proszę jaśnie pana, oto bilety odparł chłopak pośpiesznie, podając małą tackę ze stołu.

Pan Emil obojętnie przerzucił kilka biletów.